Wzorem mojego nieocenionego Matematyka zacytuję za Ciastkiem ze „Shreka”:
„Nienawidzę takiej szmiry. Nudne to i głupie!”
I... to jest mniej więcej moje zdanie o tym odcinku. Tak, przyznaję otwarcie, on mi się po prostu nie podoba – ale opisuje parę spraw, które potem mogą mieć jakieś znaczenie, więc nie miałam pomysłu, jak by się bez niego obejść. Przynajmniej jest znacznie lepszy od swojej pierwotnej wersji.
Przetrwajcie więc, drodzy Czytelnicy, jakoś ten tydzień i weźcie pod uwagę tytuł tego odcinka. Tak, od następnych części zrobi się ciekawiej. Znaaacznie ciekawiej. I im już bezwenie nie grozi, bo czekają, gotowe wyjść na światło dzienne...
***
Podróż do Zakopanego drogą lądową zgodnie z oczekiwaniami Verenimiji przebiegła spokojnie i bez większych sensacji. Matti, jak przystało na szanującego się fińskiego kierowcę, jechał ostrożnie i przepisowo, z pewnym zdziwieniem odnotowując, że na drogach z ograniczeniem do dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę wyprzedzali ich właściwie wszyscy, pędząc z grubo ponad setką na liczniku. Verenimija nie miała jednak ochoty wyjaśniać mu tutejszej drogowej mentalności, według której ograniczenia prędkości były tylko po to, żeby je przekraczać, nieważne, czy było to bezpieczne, czy nie. Taka jazda zupełnie jej odpowiadała: spokojna, w rozsądnym tempie, z miłą muzyką z radia w tle. Za przewodnika wystarczył Mattiemu GPS, ona mogła wreszcie odprężyć się, spoglądając przez przyciemnioną szybę na początkowo monotonny, nocny krajobraz i wsłuchując się w melodie starych przebojów, nadawanych przez jakąś stację – przy czym owo określenie „starych” wywoływało na jej twarzy mimowolny pobłażliwy uśmiech.
Ku pewnemu zaskoczeniu Mattiego, a za pełnym poparciem Verenimiji i GPS-a, przed samym Zakopanem ich trasa odbijała na boczną drogę. Taki był plan: w końcu od tego małego, ale strasznie zatłoczonego i hałaśliwego miasteczka mieli trzymać się z daleka. Dojechali w końcu na osiedle położone kilka kilometrów od centrum, około północy ciche i spokojne, jakby już pogrążone w głębokim śnie. Jednak pensjonat, który obrali sobie za kwaterę, czekał na nich otworem: pozostawiając Mattiemu wypakowanie bagaży, Verenimija sama udała się na dokładny rekonesans tego miejsca.
Całe szczęście, że miała rozległą sieć kontaktów z wampirami i ludźmi, którzy w każdej chwili byli gotowi jej służyć, bez tego podobne przedsięwzięcie nigdy by się nie udało. A tak mieli zapewnione spokojne i bezpieczne zakwaterowanie, niby nawet o standardzie apartamentu – składał się z dwóch niewielkich pokoi, w tym jednym dziennym z dołączonym aneksem kuchennym i łazienki. Wszystko jednak czekało na nią dokładnie tak, jak sobie tego zażyczyła: lodówka była kompletnie zaopatrzona w jedzenie dla Mattiego, na rozłożonej kanapie leżał komplet świeżej pościeli. Z kolei mniejszy pokój, pierwotnie spełniający rolę sypialni, został bardzo nietypowo przemeblowany: pusta rama łóżka stała z boku oparta pionowo o ścianę, aby zajmować możliwie jak najmniej miejsca. Na środku pokoju znalazł się zaś inny mebel, nie tyle wypoczynkowy, co spoczynkowy – sprowadzona prosto z Transylwanii trumna Verenimiji. W ten sposób, po szczelnym zaciągnięciu zasłon, z pokoju robiła się już prawie pseudokrypta. Może nie jakaś nadzwyczajna, ale zupełnie zadowalająca: w końcu jako wampirzyca też miała prawo do komfortowego wypoczynku po podróży, a to nie była już ta szerokość geograficzna, gdzie zimą słońce pokazuje się tylko na trzy godziny.
Od początku miała zamiar sprowadzić sobie tutaj trumnę, ale ani słowem nie wspominała o tym wcześniej Mattiemu. Uważała, że znacznie łatwiej będzie uzasadnić mu to działanie post factum, niż wybijać z głowy ewentualne podchwycenie tej idei i zabranie ze sobą z Finlandii jego kanapy. Wówczas dostanie się do Zakopanego stało by się jeszcze pięciokrotnie bardziej niemożliwe.
Mattiemu starczyło jeszcze sił akurat na tyle, żeby wypakować najbardziej potrzebne rzeczy, zjeść bardzo spóźnioną kolację, umyć się i położyć spać, nie ryzykując padnięcia z wyczerpania po drodze. Po spacyfikowaniu go na kanapie Verenimija wyszła na chwilę na krótkie polowanie – naprawdę krótkie, bo po tak długim, ponad tygodniowym okresie nieprzerwanej aktywności zaczynała odczuwać już coś w rodzaju psychicznego znużenia. Można powiedzieć, że wyczekiwała chwili, gdy pierwsze promienie słońca pojawią się nad horyzontem, a ona w końcu ułoży się na dzienny spoczynek w swojej bezpiecznej, absolutnie światłoszczelnej, miękkiej i wygodnej trumnie... Wiedziała, że podróż fińskiej kadry stanęła w martwym punkcie, bez większych perspektyw na nagłą poprawę, mogła więc nawet liczyć, że prześpi w spokoju cały następny dzień.
Jak dobrze było znaleźć się w końcu w swojej własnej trumnie! Doświadczyć tego uczucia spokoju, bezpieczeństwa... uciec od trosk Tego Świata, może nie w błogą nieświadomość, ale przecież nawet Zaświaty mogły oferować nieumarłym pewną namiastkę wytchnienia.
Verenimija stanęła przed mocno nadgryzioną zębem czasu bramą cmentarza wampirów. Z przyjemnością wsłuchała się w panującą tutaj niemal absolutną ciszę, ogarnęła wzrokiem spowite wieczną mgłą otoczenie. Następnie powolnym, spacerowym krokiem ruszyła przed siebie. Obojętnie minęła plac z pomnikiem Draculi – którego właściwie Draculi? Nigdy nie przypominał jej ani pierwszego, ani obecnego... – kierując się od razu w jedną z pierwszych bocznych alejek, gdzie stały najstarsze i najbardziej okazałe nagrobki. Nie znaczyło to bynajmniej, że właśnie tu należałoby szukać protoplastów wampirzego rodu... tamci już dawno zakończyli swój nieżywot, a wraz z nimi przepadały także ich płyty nagrobne. Chyba nikt jeszcze nie zbadał dokładnie, jak się to działo, że cmentarz sam z siebie rozszerzał się i kurczył, wciąż znajdując miejsce na świeże groby nowo powołanych do nieżycia i pochłaniając nagrobki tych, którzy odeszli ze Świata Żywych ostatecznie i na zawsze. Może Profesorek kiedyś się tym zajmie...
Właściwie... chociaż ten cmentarz zdawał się ostoją wiecznego spokoju, w rzeczywistości do końca nią nie był. Zmieniał się, może nie dynamicznie, ale bezustannie. Każdy jego element mógł prędzej czy później ulec samoistnej modyfikacji: najlepiej było to widać oczywiście po wampirzych nagrobkach... Pomyśleć można, że od chwili przemiany w krwiopijcę kończy się życie, a zaczyna trwanie, beznadziejny, beznamiętny constans. Tymczasem w wielu przypadkach wcale tak nie było – i łatwo było to dostrzec po nagrobkach właśnie, tak dobrze odzwierciedlających ich właścicieli.
Verenimija zatrzymała się przed własnym grobem, przyglądając mu się w zamyśleniu. Z dnia na dzień dostrzeżenie w nim jakichkolwiek zmian graniczyło z cudem. Teraz jednak, kiedy mogła powspominać jego wygląd na różnych etapach swojej egzystencji, aż uderzały ją drastyczne zmiany, jakie on przeszedł...
Pamiętała dobrze, jaki był na samym początku. W przeciwieństwie do reszty niezwykle prosty, wykonany z niemal śnieżnobiałego marmuru, z wyrytym ludzkim imieniem, rokiem urodzenia i śmierci oraz pojedynczym ozdobnikiem – jakimś kwiatem, może lilią, z wybitą nieostrożnym dłutem głęboką, szpecącą kamienną rysą. Z biegiem lat względnie szybko zaczął się jednak zmieniać. Zaczął ciemnieć i wzbogacać się w rozmaite zdobienia, nie tylko dościgając nagrobki wokoło, ale wręcz pozostawiając je daleko w tyle... bardziej od marmuru przypominał czarny bazalt. Jej ludzkie imię na płycie też stawało się coraz mniej wyraźne.
A teraz? Verenimija nie mogła zgadnąć, w jakim kierunku ewoluował dalej. Miała jednak wrażenie, że na powrót stał się choć odrobinkę jaśniejszy. Bogate, misterne zdobienia pozostawały na swoim miejscu, jednak jej dawne imię zatarło się zupełnie. Teraz jego miejsce zajmował wyryty zgoła inny napis:
Księżniczka V.
Tylko data narodzin i zgonu pozostała taka sama. Na nią Verenimija nie patrzyła – wolała nie przypominać sobie teraz, ile to już lat stąpała po ziemi... Zwłaszcza, że ostatnio jej egzystencja znów nabrała świeżości, znów mogła czuć się młoda i z uśmiechem spoglądać w przyszłość. Wszystko dookoła ponownie zaczynało dziwić i ciekawić...
Jak na przykład wytłumaczyłaby sens istnienia tego miejsca Mattiemu? Przecież prędzej czy później znajdą się tu razem, to było nieuniknione. Jak mu to wszystko powie i wyjaśni? Nigdy wcześniej się nad tym właściwie nie zastanawiała...
Spróbowała wyobrazić sobie taką sytuację. Przed oczami jej duszy zaczęła formować się osoba niby znana, ale jednak odmieniona... jak Matti wyglądałby jako wampir? Intuicja podsuwała jej nieco zmodyfikowany obraz z noworocznego balu. Starannie uczesany, gładko ogolony – musiała o tym pamiętać, niech teraz Matti chodzi sobie jak chce, ale przed przemianą na wieki bliskie spotkanie z golarką nie może go ominąć – o śmiertelnie bladej, nieskazitelnej cerze. Do kompletu z czarnym garniturem miałby oczywiście obowiązkową pelerynę z wysokim kołnierzem i szkarłatnym podbiciem. I to tyle, jak chodzi o wampirze cechy – Verenimija za nic nie mogła w wyobraźni usunąć z jego twarzy wiecznego wyrazu typowej dla niego nieprzytomności i zagubienia. Patrzyłby na nią, w jego oczach wciąż kryłby się niepokój, ale jednocześnie taka ufność i oddanie...
Jak uznała Verenimija, Matti-wampir wyglądałby... trochę zabawnie. Może bardziej rozczulająco. A tak ogółem, to... właściwie całkiem, całkiem dobrze.
- Veri... gdzie my jesteśmy? – zapytałby, rozglądając się z pewnym lękiem dookoła.
- To cmentarz wampirów – odpowiedziałaby mu. Właściwie mogłaby równie dobrze porozumiewać z nim telepatycznie, tylko po co? W zwerbalizowanej rozmowie tkwił jej zdaniem większy urok. – Tutaj trafiamy zawsze w czasie snu. Każdy ma tu swoje miejsce, swój grób.
- Jak to każdy? – niedowierzałby wampir Matti. – To ja też?
Verenimija skinęłaby głową z uśmiechem.
- Tak, zobacz, o tutaj – powiedziała. – Zaraz obok mojego.
Oczami wyobraźni ujrzała nową płytę nagrobną, wciśniętą pomiędzy inne. Oczywiście, że stałaby właśnie tutaj – groby młodzików znajdowały się w zdecydowanej większości na samym końcu cmentarza, ale byli to krwiopijcy bez korzeni, czasem nieznający nawet swoich rodziców, gromada sierot i bękartów. Matti jako jej wampirze dziecko byłby zaś automatycznie włączony w jej ród krwiopijców, poczet wywodzący się od samego Vlada Palownika, a to zobowiązywało, jak chodziło o umiejscowienie nagrobka. Póki co byłby prosty, szary i gładki, ale...
Wampir Matti przyglądałby mu się, wyraźnie strapiony.
- Nie uważasz, że... on tak tu trochę średnio pasuje? – zapytałby.
- Dlaczego tak sądzisz? – odezwałaby się z troską, podchodząc do niego i poprawiając mu ułożenie peleryny na ramieniu.
- Bo... bo... bo jak to wygląda? – wybąknąłby Matti. – Ten mój grób i te inne?
- To się jeszcze zmieni – odparłaby z uśmiechem Verenimija. Czy sama nie miała na początku podobnych przemyśleń? Że coś tu było zupełnie nie tak, jak trzeba? – Zobaczysz, to kwestia kilku lat. Może kilkunastu. Ani się obejrzysz, a wszystko będzie pasowało jak ulał.
- To... nagrobki się jakoś zmieniają? – spytałby niepewnie Matti. Jego głos byłby jednak już znacznie mniej zmartwiony.
Verenimija przytaknęłaby z zadowoleniem.
- Owszem, stale się do nas w pewien sposób dostosowują – oznajmiłaby – Zresztą... to ich praktyczna funkcja jest tu najważniejsza. To nasze przejście do Zaświatów.
Chociaż nie mógłby czuć zimna, wampir Matti zadrżałby. Cofnąłby się o krok, szukając jakiegoś oparcia przytuliłby ją do siebie.
- Ale... chyba... chyba nie muszę tam iść? – zapytałby z trwogą.
Verenimija pokręciłaby głową z uśmiechem. Nie, oczywiście, że wampiry nie mają przymusu wybierania się w Zaświaty – równie dobrze mogą przez cały swój sen pozostać tutaj, na cmentarzu. I wcale nie było to takie złe wyjście, biorąc pod uwagę niezwykły spokój tego miejsca... Minie zapewne bardzo dużo czasu, zanim Matti przekona się do wycieczki w Zaświaty jako wampir. Jej jednak taka perspektywa wcale nie przeszkadzała. Co stałoby na przeszkodzie, żeby dnie spędzali razem właśnie tutaj, w tej oazie zadumy? Mogłaby się założyć, że Matti-wampir byłby tego samego zdania. Wreszcie dzięki zdolnościom telepatii zrozumienie bez słów działałoby w obie strony... Matti uśmiechnąłby się. W jego lekko rozchylonych ustach dostrzegłaby dwa błyski długich, ostrych kłów.
- Wiesz... w sumie nawet mi się tu podoba – oznajmiłby. – Tak tu miło i spokojnie... gdyby jeszcze mój nagrobek miał kształt kanapy, na której by można się położyć, czułym się jak w niebie. W końcu mówiłaś, że one się do nas dostosowują, prawda?
Tym razem, już poza wyobrażeniami, Verenimija autentycznie roześmiała się. Musiała przyznać, trochę puściła wodze wyobraźni, ale mogła się założyć, że Matti naprawdę mógłby powiedzieć coś w tym stylu. Dzięki temu, że miała tak głęboki wgląd do jego umysłu, jego zachowanie było dla niej raczej przewidywalne – niemniej usłyszenie takich słów w rzeczywistości padających z jego ust rozbawiłoby ją jeszcze bardziej.
Gdy ostatnie promienie słońca zniknęły za horyzontem, Verenimija obudziła się. Nie śpiesząc się zbytnio, siłą woli otworzyła wieko trumny, a następnie podniosła się do pionu, sztywno wyprostowana, z półprzymkniętymi oczami. Oczywiście, mogłaby najzwyczajniej wyjść trumny, nie używając żadnych nadnaturalnych mocy. Ceniła sobie jednak efektowność takiej formy podnoszenia się z wiecznego snu, która zrobiła na niej samej wrażenie w jednym z najstarszych, niemych filmów o wampirach. W rzeczywistości więc musiało to wyglądać jeszcze bardziej spektakularnie, a poza tym – łącząc przyjemne z pożytecznym – była świetną formą rozgrzewki sił mentalnych.
Kiedy wyszła ze swojego pokoju, zastała Mattiego niemal dokładnie tak samo, jak zostawiła go zeszłej nocy: leżał na kanapie, z tą różnicą, że w dresie, a nie w piżamie. Patrzył tępym wzrokiem mniej więcej w stronę włączonego telewizora, w którym leciał właśnie blok reklamowy – zapewne i tak dla niego zupełnie niezrozumiały, bo w języku polskim. Bezszelestnie podeszła do niego, wciąż pogrążonego w katatonicznym zamyśleniu i pomachała mu dłonią przed oczami. Dopiero po pewnej chwili Matti oprzytomniał, zamrugał oczami i spojrzał nareszcie w jej stronę. Przesłała mu ciepły, przyjazny uśmiech.
- Jak ci minął dzień, mój drogi? – zapytała.
- W sumie... nie działo się nic ciekawego – wybąknął Matti. – Reszta wciąż jedzie do Zakopanego i jakoś dojechać nie może. Specjalnie dla nas przełożyli na jutro kwalifikacje. Czyli wszystko w porządku.
Jego słowa jak najbardziej pokrywały się z jego stanem ducha i błogim szczęściem, jakie malowało się mu na twarzy: jak Verenimija dowiedziała się z jego myśli, spędził dzień dokładnie tak, jak marzył sobie od dawna. Przeleżał go od rana do wieczora na kanapie, ruszając się z niej tylko na krótko w stronę lodówki czy łazienki. Może i chwilami trochę mu się nudziło, ale poza tym był z tego dnia niezwykle zadowolony.
- Bardzo się cieszę – oznajmiła Verenimija. – W takim razie, jeszcze tylko dwa dni i będziemy mieć ten Puchar Świata z głowy.
Z pierwotnego programu zawodów wypadł tylko jeden dzień, ale nawet ta niewielka zmiana była dla niej nadzwyczaj korzystna. Zawsze czekał ją ten jeden dzień mniej martwienia się o Mattiego i potencjalne przeciwności w czasie jego skoków, nadzorowania jego zamian z Hannu i mącenia rozmaitym śmiertelnikom w głowach. Znacznie bardziej wolała ten dzień spędzić właśnie tak, jak to zrobiła: przespać, jak na wampira przystało, wiedząc równocześnie, że Matti jest w pobliżu i nic nie ma prawa mu się stać przez ten czas.
Oczywiście, jakkolwiek leżenie na kanapie przez cały dzień musiało być dla niego bardzo miłym sposobem na spędzanie czasu, nie zamierzała pozwolić, żeby tkwił tak w jednym miejscu przez całą dobę. Bądź co bądź, był sportowcem przez ważnymi zawodami, a i ona sama chciała, jak to już miała od wieków w zwyczaju, rozprostować nieco wieczorem swoje wampirze kości.
- Co byś powiedział na mały spacer po okolicy? – zapytała. – Powinny być stąd ładne widoki, a trochę świeżego powietrza zawsze ci się przyda.
Jak mogła przypuszczać, Matti zgodził się bez najmniejszego oporu. Po tak pasywnym spędzeniu dnia miał nawet całkiem sporą chęć ruszenia się gdzieś. A poza tym, czy mogłoby być jeszcze możliwe, żeby odmówił jej czegokolwiek?
Aura na zewnątrz była dość nietypowa jak na rejon górski w połowie stycznia. Śniegu nie było prawie wcale – jedynie gdzieniegdzie leżały jego nędzne, brudne resztki. Ziemia była zbyt zmarznięta, żeby wchłonąć całą wodę z roztopów, wszędzie więc tworzyło się błoto. Pogoda także była brzydka i niezbyt zimowa. Byłoby może nawet dość ciepło, gdyby nie chłodny, przenikliwy wiatr, chociaż był to ledwie zefir przy szalejącym nad Europą orkanem. Dodatkowo z nieba lekko siąpił deszcz.
Matti i Verenimija szli asfaltową ścieżką po niewielkim, cichym i spokojnym osiedlu góralskich domków. Być może nie ze względu na porę, ale na pogodę z pewnością, uliczki były wyludnione. Dookoła panowała prawie absolutna cisza, bardzo delikatnie mącona przez dźwięki podmuchów wiatru.
Trudno powiedzieć, żeby Verenimija lubiła takie spacery. Po prostu przywykła do niech, włócząc się bez konkretnego celu przez wiele nocy w swojej egzystencji. Oczywiście, pomijając aspekt posiłku – w końcu musiała wyjść choćby po to, żeby jak co wieczór zapolować.
Tym razem była to jednak tylko przechadzka, nic więcej. Na znalezienie sobie kolacji będzie miała dostatecznie dużo czasu, gdy Matti już położy się spać. A teraz chciała po prostu pospacerować razem z nim i przyjrzeć się z oddali temu miejscu, w którym się znaleźli...
Zakopane. Była już tu kiedyś, wieki temu – w jak najbardziej dosłownym znaczeniu tego zwrotu. Zapamiętała je jako maleńką mieścinkę, właściwie wioskę w otoczeniu gór, które wówczas uważane były za miejsce tajemnicze i kultowe, owiane licznymi legendami.
Osiedle, na którym obrali sobie kwaterę, położone było na jednym z pasm pagórków okalających nieckę Zakopanego. Przy końcu drogi, w pobliżu niewielkiego kościółka, Verenimija i Matti zatrzymali się. Rozpościerał się stąd widok na całe miasteczko.
- Widać stąd skocznię – zauważył natychmiast Matti.
Verenimija także dostrzegła ją bez problemu. Położona była na południowym skraju miasta, u podnóża jednej z gór. Na noc została oświetlona i bardzo dobrze rzucała się w oczy. Było to właściwie jedyne miejsce w dolinie, gdzie znajdował się jakikolwiek śnieg. I niechybnie była to sprawa nie cudu natury, a starań organizatorów Pucharu Świata.
Reszta Zakopanego, choć nie wyróżniająca się tak jaskrawą bielą, także cała tonęła w sztucznym świetle. Jak zwróciła uwagę Verenimija, od czasu jej ostatniej wizyty tutaj miasto rozrosło się – i to w sposób kolosalny, ale niekoniecznie taki, który przypadłby jej do gustu. To już nie była mała osada góralskich chatek misternie rzeźbionych w drewnie. Dzięki wyostrzonemu wampirzemu wzrokowi dostrzegała dobrze prostopadłościenne bryły nowszych budynków – takich samych, jakie budowano ostatnimi czasy na całym świecie.
Uliczne oświetlenie rozpraszała dodatkowo lekka mgiełka, którą osnute było całe miasto. Przynajmniej tak wyglądało to na pierwszy rzut oka – ale dzięki czułemu wzrokowi wampirzyca była w stanie odgadnąć, czym tak naprawdę była owa „mgła”. To chmura dymów i spalin, która nie mogąc wydostać się z kotliny, spowijała Zakopane...
Teraz jednak te liczne, drobne spostrzeżenia nie raziły Verenimiji tak bardzo. Patrzyła na nie raczej obojętnie, jak na pejzaż na płótnie. Widoczny świat wydawał się bardzo daleki: Zakopane leżało gdzieś w dole, ze swoimi śmiesznie małymi domkami, tak rzęsiście oświetlonymi nocą. Na dodatek delikatnie przysłaniała je też chmura smogu.
Ona z Mattim stała tymczasem daleko powyżej. Było to miejsce ciche i wyludnione, dokąd nie docierały z dołu kłęby dymu czy dźwięki z miasta, w którym nocą także przecież trwało życie. Gdzieś tam, daleko poniżej, z pewnością żwawym tempem toczyło się wiele ludzkich losów, bogatych we właściwe ludziom radości i troski...
Verenimija już od dawna była ponad tym wszystkim. I cały czas pracowała nad tym, aby podobny pułap osiągnął i Matti. Najlepiej już w czasie, gdy przemiana ostatecznie oderwie go od całego dotychczasowego życia. Zadanie to było o tyle ułatwione, że siłą wyższą już po wszystkie zimowe miesiące miał być nieobecny dla świata...
Wampirzyca dobrze się czuła, kiedy stali tak razem, spoglądając na miasteczko leżące w dole. Tak właśnie być powinno, myślała. I tak będzie.
Verenimija niewątpliwie była bardzo uzdolnioną i potężną wampirzycą. Potrafiła rozkazywać śmiertelnikom według swojej woli, czytać im w myślach, odgadywać najgłębsze sekrety. Równie dobrze, jak telepatią, posługiwała się również telekinezą. Nie posiadała jednak pewnej cechy, która w tamtym momencie mogłaby okazać się dla niej bardzo przydatna...
Nie umiała przepowiadać przyszłości. Zresztą, o ile było jej wiadomo, żaden wciąż egzystujący wampir tego nie potrafił. Mogła tylko zgadywać, co się stanie, na podstawie obserwacji otoczenia i wyciągania z nich wniosków. I podporządkowywać sobie przyszłość za pomocą swoich misternych planów i strategii.
Nadchodzące wydarzenia bardzo trudno byłoby jednak przewidzieć racjonalnie. Gdyby zaś Verenimija wiedziała, co miało się stać, gdyby to poznała z pomocą jakiegoś paranormalnego zmysłu...
Z pewnością nie stałaby dalej z Mattim na skarpie. Natychmiast wróciłaby na kwaterę i zarządziłaby pakowanie się, w którym i ona sama wzięłaby czynny udział, byleby tylko przyszykować wszystko jak najszybciej. A kto wie, może by i nawet nie przejęła się bagażami... tylko usadziła Mattiego za kierownicą Mercedesa, mówiąc mu, żeby nie żałował mocy jego silnika i żeby wyjechali stąd jeszcze w tej chwili. Najlepiej prosto w kierunku Transylwanii. I może już następnej nocy wieczność stałaby się także udziałem Mattiego...
Wszystko miało jednak potoczyć się zupełnie inaczej.

