Tak jakoś jest, że w Fin-Fiction każdy bohater otrzymuje swoje pięć minut. Arttu czekał na swoją kolej strasznie długo, przewijając się gdzieś na drugim planie – zrekompensujmy mu to więc aż dwoma odcinkami, w których zagra rolę główną. W końcu jemu też się coś od życia należy!
A swoją drogą – przeczytałam ostatnio ponoć oficjalną kontynuację „Draculi” (autorstwa Dacre’a Stokera i Iana Holta), chociaż tytułowy książę jest tam przez większość akcji jak Ufo – wszyscy o nim słyszeli, a nikt nie widział. Nie przypomina Wam to czegoś? :> Z tym, że... już po lekturze jednej szóstej (!) książki, na podstawie dość oczywistych przesłanek, domyśliłam się, kto kogo zabił i kim jest rzeczony krwiopijca. Cóż, mam nadzieję, że w Fin-Fiction (którego jedna szósta, jak mniemam, już daaawno za nami) Drakcio nie ujawnia się tak nachalnie i jeszcze pozostanie tajemnicą przez pewien czas... a może i dla niektórych nie?
Przy okazji jednak przypomniałam sobie, że jeden z łowców z drużyny Van Helsinga miał na imię Artur. Przypadek czy przeznaczenie?
***
Zakupy poszły Arttu tak sprawnie, że zdążył dotrzeć na skocznię ze swoimi kolorowymi, zakopiańskimi kołkami jeszcze w trakcie drugiej serii treningowej. Wciąż nie miał butów i kombinezonu, ale wieści okazały się pomyślne: jak poinformował go Vaciak, jego nadany bagaż został odnaleziony i zmierzał w stronę Zakopanego, także na wieczorny konkurs Arttu będzie już wyposażony w swój kompletny ekwipunek.
Trudno było dla Lappiego o lepszą wiadomość. Utwierdziła go całkowicie w odzyskanym na nowo optymizmie. Był już pewien, że dziś wszystko musiało pójść dobrze.
Na początek posłusznie odbył z Vaciakiem trening imitacyjny, przy którym sprzęt do skakania nie był mu potrzebny. Później, nie spodziewając się już żadnych problemów ze strony sztabu szkoleniowego, nareszcie mógł zabrać się za działanie.
Wiedział, że czasu miał dość mało. Musiał też przeprowadzić całą akcję bardzo szybko, tak, żeby wziąć Tepesa z zaskoczenia – bo co do tego, że to on był Draculą, Arttu nie miał najmniejszych wątpliwości. W przeciwnym razie ten będzie mógł zorientować się w jego zamiarach i go przechytrzyć...
Szkoda tylko, że Lappi nie mógł liczyć na czyjąkolwiek pomoc. A przecież sam Van Helsing, czy to w oryginalnej książce, czy którejkolwiek adaptacji filmowej nie działał samodzielnie... Ale z drugiej strony, chociaż Arttu zdany był sam na siebie, przynajmniej nie musiał obawiać się, że ktokolwiek go zawiedzie. I przyświecała mu jeszcze jedna myśl: gdyby to jemu udało się pokonać i unicestwić Draculę, zupełnie samodzielnie, kim byłby przy nim Van Helsing, zawsze otoczony gronem sojuszników i asystentów? Wówczas to on, Arttu Lappi, stałby się łowcą wszech czasów...
Utwierdzony w tym przekonaniu, nie wahał się już więcej. Nie dysponował nadzwyczaj wyrafinowanymi środkami, więc zadziałał najprościej, jak to tylko było możliwe. Schował świeżo zakupione kołki do ukrytych kieszeni w spodniach, po czym, jakby nigdy nic, skierował się w stronę wyciągu jadącego na skocznię. Nie uważał, żeby mógł tym wzbudzić czyjekolwiek podejrzenia. Był przecież skoczkiem, więc miał wszelkie prawo dostania się na szczyt skoczni, a nie brał ze sobą nart z oczywistego i już powszechnie znanego faktu zaginięcia jego butów i kombinezonu.
Teraz także nie miał głowy do rozdawania autografów gromadzie dzieciaków, które zgromadziły się pod płotem, przy mostku prowadzącym do dolnej stacji wyciągu. Ledwo słyszał, jak wołano go po imieniu. Był tak podekscytowany faktem wprowadzenia nareszcie swoich zamiarów w życie, że cały koncentrował się tylko na jednym: żeby tylko znaleźć i dopaść Draculę. Wbić mu kołek w jego kamienne, do cna zepsute serce. Unicestwić wszystkie wampiry, a tym samym uwolnić świat od zła i zyskać wieczną sławę.
Wyciąg na Wielkiej Krokwi był dość stary i posiadał nadzwyczaj niską przepustowość: składał się jedynie z sześciu krzesełek. W czasie, gdy trzy krzesełka jechały na szczyt skoczni, trzy zjeżdżały w dół. W związku z tym zdarzały się czasem przypadki, że aby dostać się szybko na górę bądź na dół, na jednym krzesełku jeździło po dwóch skoczków...
Jednak szczęście uśmiechało się do Arttu. Kiedy znalazł się na dolnej stacji wyciągu, ujrzał trzy krzesełka, gotowe do odjazdu w górę. W dodatku nic nie wskazywało na to, żeby ktokolwiek zamierzał jechać teraz na skocznię poza nim samym.
Lappi szybko usiadł na pierwsze z pustych krzesełek. Ponieważ na horyzoncie nadal nie było widać żadnego innego potencjalnego pasażera, obsługujący wyciąg mężczyzna natychmiast go uruchomił. Arttu poczuł lekkie szarpnięcie w bok, po czym całkiem żwawo, dość niewysoko nad ziemią ruszył w górę.
Wiedział, że ten moment wymagał od niego szczególnej koncentracji. Krzesełka jechały dość szybko, a on nie mógł przepuścić momentu na wysiadkę. Wyciąg miał bowiem dwie stacje: na samym szczycie wysiadali skoczkowie, ale trenerzy, sędziowie i inne osoby związane z organizacją Pucharu Świata opuszczali go mniej więcej w połowie wysokości. Znajdowała się tam stacja pośrednia, z której, jak Arttu mógł się założyć, droga prowadziła prosto na próg skoczni, stanowisko dla szkoleniowców i wieżę sędziowską... było to niewątpliwie miejsce, w którym należało szukać Tepesa.
Po raz kolejny Lappi stwierdził, że dopisywało mu szczęście. Krzesełka, na których jechał, były zamontowane przodem do skoczni, więc gdy na pośredniej stacji nie zamierzały zwolnić, czekał go skok i lądowanie na ścieżce, a nie w krzakach po drugiej stronie.
Po pewnym wylądowaniu na dwie nogi Arttu szybko i uważnie rozejrzał się po otoczeniu. Wiedział, że właśnie zamierzał wkroczyć na terytorium wroga: Dracula mógł czaić się wszędzie, za każdym drzewem, w każdym zakamarku, gotowy zaatakować go w najmniej oczekiwanym momencie. Arttu musiał więc zachować stałą czujność.
Z tego punktu nie było już odwrotu – i technicznie, bo wyciąg pojechał dalej, i metaforycznie. Skoro dotarł już tak daleko, musiał wypełnić to zadanie do końca.
Arttu powoli ruszył do przodu, co chwila przystając i rozglądając się na boki. Słyszał, jak serce tłukło mu się w klatce piersiowej: zaczynał czuć nie tylko pozytywny dreszczyk emocji, ale i pewien niepokój. W końcu polowanie na Draculę, w dodatku całkiem samodzielne, to jak najbardziej dosłownie śmiertelnie poważna sprawa... Ale on miał być nieustraszonym pogromcą wampirów. Skuteczniejszym niż ci z filmu. Dlatego uparcie szedł dalej.
W pewnym momencie ktoś stanął na jego drodze. Była to bardzo wysoka i potężna postać, ubrana na czarno, która całkiem niespodziewanie wyłoniła się zza drzew... Arttu już chciał krzyknąć z przerażenia, ale zaraz zorientował się, że póki co miał do czynienia tylko z ochroniarzem.
Jak się jednak po chwili okazało, określenie „tylko” nie było jednak w tym przypadku do końca adekwatne. Gdy ochroniarz go dostrzegł, natychmiast podszedł do niego i odezwał się po angielsku:
- Na ten teren jest wstęp tylko dla upoważnionych.
Arttu popatrzył na niego ze zdziwieniem.
- Przecież jestem upoważniony! – oznajmił. – Jestem skoczkiem, biorę udział w zawodach!
Ochroniarz przyjrzał mu się z uwagą.
- Gdybyś był skoczkiem, miałbyś kombinezon, plastron i narty i nie wysiadałbyś tutaj, tylko na górze – zauważył. – Tu wstęp mają jedynie sztaby szkoleniowe, sędziowie i dyrekcja Pucharu Świata. Pełnisz którąś z tych funkcji?
Arttu niepewnie pokręcił głową.
- Ale ja muszę tam iść – oznajmił. – To dla mnie naprawdę ważne...
Ochroniarz sprawiał jednak wrażenie nieugiętego i nic nie wskazywało na to, żeby zamierzał przepuścić go dalej. Tymczasem Arttu dostrzegł na ścieżce kolejne osoby. Najwyraźniej seria treningowa dobiegła już końca i wszyscy kierowali się w stronę stacji wyciągu: nadchodził właśnie Mika Kojonkoski, a kilkanaście metrów dalej sam Walter Hofer, w dodatku w nie byle jakim towarzystwie...
Na chwilę Arttu aż zaniemówił z wrażenia. Zaraz jednak wyrwał się z tego stanu: przecież jego akcja zależała od szybkiego i niespodziewanego działania! Chciał już ruszyć biegiem, ale ochroniarz chwycił go za ramiona i stanowczo zatrzymał.
- Proszę mnie puścić! – zawołał Arttu, szarpiąc się bez większego efektu. – Ja... muszę... tam...
Walter Hofer i Miran Tepes zatrzymali się, zawzięcie o czymś dyskutując. Wydawali się w ogóle nie dostrzegać Lappiego. Co innego Kojonkoski, który przystanął o krok od Arttu i spojrzał na niego z lekkim zdziwieniem.
Właśnie w norweskim trenerze fińskiego pochodzenia Arttu dostrzegł swoją szansę. Wiedząc, że to działanie dość rozpaczliwe i ryzykowne, ale nie mając żadnych innych możliwości, odezwał się do niego w swoim ojczystym języku, tak, aby nie zrozumiał ich nikt inny:
- Panie Kojonkoski, niech mi pan pomoże i powie, żeby ten ochroniarz mnie puścił! Muszę coś zrobić, Miran Tepes to Dracula!
Mika wyglądał na jeszcze bardziej zaskoczonego. Uśmiechnął się nieznacznie, po czym zapytał spokojnie:
- Arttu, co ty mówisz? Wiem, że po fińsku, ale nic z tego nie rozumiem.
- On ma na nazwisko Tepes, a Tepes to Palownik, Palownik to Dracula, a Dracula to władca wampirów! – objaśnił szybko Arttu. – On miesza się w skoki i steruje wiatrem, co do tego nie mam wątpliwości!
Na twarzy Kojonkoskiego pojawiło się rozbawione niedowierzanie.
- Miran Tepes? – powtórzył. – Jego posądzasz o bycie wampirem, w dodatku tak potężnym?
Arttu popatrzył ponownie na stojących dalej Hofera i Tepesa. Dyrektor Pucharu Świata w dalszym ciągu zdawał się zamyślony i zajęty rozmową, podczas gdy jego asystent... w tym samym momencie spojrzał w stronę Lappiego.
Z jego wzroku ani twarzy Arttu nie potrafił nic wyczytać. Tepes wydawał mu się w tej chwili tajemniczy i nieprzenikniony. Ale jak mogłoby być inaczej, jeżeli to on był Draculą? Gorzej tylko, jeśli umysł Lappiego stał w tej chwili dla niego otworem...
Arttu poczuł ogarniający go, prawie paraliżujący strach. Zesztywniał do tego stopnia, że nawet ochroniarz go puścił. Lappi myślał tylko o jednym: żeby Dracula nie dobrał się do jego myśli, żeby nie dowiedział się o kołkach, które miał ze sobą, żeby jeszcze nie wszystko było stracone...
Niestety, wyglądało na to, że dzisiejsza akcja spełznie na niczym. Ale Arttu wolał nawet takie wyjście, byleby Dracula nie przejrzał go i nie chciał się jakoś zemścić na tę próbę zamachu na jego egzystencję. Całe szczęście, że chociaż póki co mógł być bezpieczny, przecież stali tu inni ludzie – Hofer, ochroniarz i Kojonkoski...
Właśnie obecność tego ostatniego najbardziej dodawała mu otuchy. Co z tego, że Mika pracował dla Norwegii, jednak pozostawał Finem. Zawsze łączyła ich jakaś resztka narodowej tożsamości.
- Wiesz, nie chcę cię martwić, Arttu, ale nie sądzę, żeby Miran był wampirem – kontynuował tamten, cały czas po fińsku. – Zatrudniłem w sztabie profesjonalnego łowcę, który nigdy nie miał co do Tepesa jakichkolwiek podejrzeń. A powiem ci, że ostatnio obserwowaliśmy go szczególnie uważnie.
Lappi wytrzeszczył oczy w szczerym zdziwieniu.
- Co? – zapytał natychmiast. – Ale... jak... przecież ja też jestem łowcą i mam pewność, że Tepes jest Draculą. Coś musieliście przeoczyć.
Kojonkoski uśmiechnął się kpiąco.
- Zapewniam cię, łowco Arttu, że w naszej kadrze do wszystkiego podchodzi się nadzwyczaj dbale i szczegółowo – oznajmił. – Sami mieliśmy ostatnio parę zatargów z wampirami, więc nie było powodu, dla którego mielibyśmy zaniedbać tę sprawę. I powtórzę ci za Joergenem, Tepes to fałszywy trop. Podsunął nam go zresztą twój kolega z kadry, Harri, powołując się przy tym na ciebie.
Pomimo wszystko, Arttu musiał uśmiechnąć się szeroko. Kto by pomyślał, a jednak nie wszyscy fińscy skoczkowie są obojętni wobec jego szczytnego powołania! Jeden Harri tak cicho i dyskretnie okazywał mu poparcie...
- A tak w ogóle, to jednak radziłbym, żebyś posłuchał ochroniarza – oznajmił Kojonkoski. – Nic tu po tobie, młody skoczku. Polowanie na wampiry też radziłbym ci sobie odpuścić, przynajmniej w takiej formie. Jedyne, co osiągniesz, to kłopoty. Pozostaw to może profesjonalistom, takim jak Joergen...
Wysiadając na dolnej stacji wyciągu po bezowocnym polowaniu, Arttu czuł przede wszystkim irytację. Była ona do tego stopnia silna, że przyćmiła nawet strach przez Tepesem. A skierowana głównie na Kojonkoskiego.
Niech Mika mówi sobie co chce, Arttu nie zamierzał go słuchać! W końcu nie był jego podopiecznym! A trener norweski kazał mu usunąć się na bok i jakby nigdy nic stać z założonymi rękami... mało tego, pozostawić polowanie na Draculę „profesjonalistom”! Niedoczekanie jego!
Kojonkoski myślał, że był chytry, ale Arttu w mig go rozgryzł. Oczywiście, po co powtarzał mu na okrągło, że Tepes to nie Dracula? Tylko dlatego, że miał co do tego stuprocentową pewność! I już tylko czekał na dogodny moment, żeby nasłać na niego tego swojego etatowego łowcę, Joergena! Zniechęcał zaś Arttu po to, żeby pozbyć się konkurencji i całą sławę związaną z pokonaniem Draculi zagarnąć dla własnej kadry...
Niedoczekanie jego! Arttu zgromadzi jeszcze taką własną drużynę łowców, że ten cały Joergen, a nawet wszyscy Norwedzy się schowają. Na Hannu się zawiódł, ale zacznie werbować od nowa. Może jeszcze raz spróbuje z Harrim, w końcu tamten wydawał się podzielać jego przekonanie, że Tepes to Dracula. A potem się zobaczy.
Niech inni robią, co chcą. Ale łowca Arttu jeszcze pokaże wszystkim, na co go stać.

