odcinek dziewiąty – MY, WY, ONI

Poniedziałkowe dodawanie nowych odcinków staje się powoli moją nową tradycją, zobaczy się, czy przetrwa ona także w przyszłym semestrze (żeby tak ktoś nam raczył chociaż plan podać z tym tygodniowym wyprzedzeniem, ale nie, bo po co... w ogóle, strasznie się to wszystko w tej sesji ciągnie, jak ta przysłowiowa guma w gaciach. Chociaż może nawet ma to jakiś plus, bo rok temu ostatni, wolny już tydzień sesji spędziłam na miłej wycieczce w Rzymie i wygrzewaniu się na słoneczku wśród kwitnących stokrotek, a w tym roku co najwyżej ulepiłabym bałwana na Piazza del Popolo). Koniec jednak tych niepotrzebnych nikomu dygresji, przejdźmy do odcinka... a nie, jednak jeszcze jeden mały, częściowo związany z fabułą wątek jest konieczny do poruszenia. Tak się bowiem składa, że... do tego odcinka miałam pewną bardzo konkretną inspirację muzyczną. I bardzo mnie korci, żeby się nią z Wami podzielić – no ale właśnie, jak to zrobić, żeby w świetle ACTA nie ryzykować, że wsadzą mnie za kratki? Na całe szczęście, z pomocą nieświadomie wyszedł mi sam autor owej piosenki, ponieważ własnoręcznie umieścił ją na swojej stronie internetowej. Także można ją sobie nie tylko legalnie i w świetle prawa (jak mniemam) odsłuchać, ale nawet pobrać na dysk za stosowną opłatą. Chociaż osobiście polecałabym poczekać do kwietnia, bo autor piosenki obiecał przyjechać wtedy do Polski po raz drugi, pójść na jego koncert, świetnie się zabawić, a przy okazji zupełnie tanio kupić całą płytę, od razu zdobywając na niej autograf.
Co zaś do piosenki... tekst macie podany na stronie, więc łatwo zorientujecie się, czyje to mogłyby być słowa i do kogo są one kierowane. Żeby było ciekawiej, znalazłam już ripostę w postaci piosenki także dla drugiej strony. Jeśli chcecie ją odnaleźć, wpiszcie w Google „lol limewire” i albo wybierzcie „szczęśliwy traf”, albo zupełnie pierwszy link na liście wyszukiwania. Miłego słuchania i miłej lektury.

***

Janne Ahonen po raz kolejny stanął przed dylematem, czy bycie kapitanem fińskiej drużyny sprowadzało się wyłącznie do roli reprezentacyjnej i medialnej, czy też zobowiązywało go większych poświęceń na rzecz swojej kadry. Znów odnosił wzmagające się wrażenie, że u Finów źle się działo, jednak nie miał pojęcia, czy reakcja z jego strony byłaby w stanie pomóc, czy może wyłącznie zaszkodzić.
O refleksje takie najłatwiej było mu przy wspólnych posiłkach w hotelowej restauracji – w tym wypadku na ostatnim już, zarządzonym bardzo wcześnie śniadaniu w Lillehammer, na godzinę przed wyjazdem kadry do Oslo. Pomiędzy kolejnymi kęsami kanapki Janne wodził wzrokiem po twarzach swoich kolegów z drużyny, pogrążając się jednocześnie w rozmyślaniach.

Hannu Hautamaeki wyglądał na gust Ahonena dość smętnie, gdy siedział zgarbiony nad miską płatków owsianych i jadł je w całkowitym milczeniu, nie absorbując swoją osobą w żaden sposób uwagi otoczenia. Janne odnosił niejasne wrażenie, że najmłodszy z braci Hautamaeki zmienił się nieco w ostatnim czasie: przestał histeryzować, afiszować się ze swoimi problemami w jakikolwiek sposób, stał się iście po fińsku cichy i skryty. Już od jakiegoś czasu nie mówił sam z siebie nic, co u niego słychać, jak sobie radzi w roli dublera i czy miewał jakieś ewentualne kontakty z Mattim. Wszystko trzeba było wyciągać z niego niemal siłą. A równocześnie, nie wiedzieć czemu, zaczął sprawiać wrażenie wyjątkowo przygaszonego. Aho pomyślał nagle, że ta ostatnia zmiana musiała zajść u Hannu mimochodem w Sapporo: wówczas całe życie kadry fińskiej kręciło się wyjątkowo intensywnie najpierw wokół Harriego, potem Villego, a w końcu Happo. Nikt nie zwracał wtedy uwagi na to, co mogło dziać się z ostatnio bardzo cichym i skrytym Hannu, dlatego też niemożliwym było w tej chwili dla Janne odgadnięcie, co, kiedy i dlaczego zaczęło gryźć najmłodszego z Hautamaekich.
Zdecydowanie lepsze wrażenie od dublera Mattiego sprawiał siedzący obok niego Arttu, uśmiechnięty i tryskający optymizmem jak zwykle. Wydawało się, że w obecnym momencie ryzyko wywołania przez niego jakichś poważniejszych kłopotów było minimalne. Za sprawą niezrozumiałego, ale absolutnie niezbędnego dla pokoju na świecie cudu, konflikt pomiędzy nim a Harri chwilowo jakby wygasł. Najwidoczniej jeden i drugi zajęli się w końcu własnymi sprawami, zamiast niezdrowo interesować się sobą nawzajem. Naturalnie, metaforycznie sprawę ujmując, Arttu nie odwiesił jeszcze niestety swoich kołków na kołek, ale ostatnio najwyraźniej zaprzątały go się przede wszystkim teoretyczne aspekty polowania na wampiry. Co więcej, do uszu Janne doszły pogłoski, że niedzielny łowca nie tworzył już swoich spiskowych, wampirycznych teorii sam, ale kontaktował się w tej sprawie z jakąś dziewczyną z Polski. Aho brał to za dobrą monetę, bo ta wiadomość mogła zapowiadać nareszcie jakieś zmiany. Wszystkim w kadrze żyłoby się tudzież egzystowało lepiej, gdyby Arttu dojrzał nieco i zmienił w końcu obiekt swoich zainteresowań, przerzucając się z wampirów na płeć przeciwną. Bo póki co można było jedynie spekulować, na co Van Lappi jeszcze zdecyduje się porwać i jak wielką mogło się to skończyć katastrofą: czy gorzej rokowało polowanie na Harriego w garści, czy też Draculę na dachu.
Następny w kolejce do analizy był Veli-Matti. Biedny, smętny Veli-Matti. Jemu trudno było mieć cokolwiek do zarzucenia poza wrodzonym pesymizmem i tendencją do wiecznego czarnowidztwa. Vellu był cichy, spokojny, nie wadził nikomu, nawet jego kiepski humor i żale do świata mieściły się jeszcze w granicach normy. Jedyne, co mogło sprawiać problem, ale przede wszystkim jemu samemu, to jego autentyczny, przeogromny pech. Jak przed dwoma dniami na lotnisku w Oslo, kiedy okazał się ostatnią osobą, która widziała Harriego i dodatkowo jeszcze został przez niego osobiście poproszony o przypilnowanie mu bagażu. Nie, Vellu sam w sobie nie był problemem. Tylko problemy z otoczenia spadały na niego niczym grad i trzymały się go mocniej niż stado najbardziej natrętnych fanek.
Kolejny był Tami, najspokojniejszy i najmniej problematyczny ze wszystkich. Grzeczny, zrównoważony, obowiązkowy... ale nie było co się temu dziwić, on jeden razem z Ahonenem stanowił tę starszą i bardziej doświadczoną część kadry. Dzięki temu nie tylko nie potrzebował niańki, ale nawet w ostatnim czasie do pewnego stopnia był w stanie pomóc Janne w zapanowaniu nad niesfornymi, młodszymi kolegami z drużyny. Teraz na przykład, kiedy Tami był współlokatorem Harriego, miał za zadanie obserwować go dyskretnie i informować Ahonena o swoich spostrzeżeniach. A, niestety, były one dosyć niepokojące.

Teraz Aho zmuszony był już przejść do sedna aktualnych problemów kadry, skupiając swój przenikliwy, według niektórych morderczy wzrok na Harrim. Całkowicie niepomny tego wampir dłubał w najlepsze bezcelowo widelcem w swojej jajecznicy. Co dziwne, sprawiał przy tym wrażenie spokojnego jak chyba nigdy od zeszłego lata, a może nawet i pogodnego.
Oczywistą sprawą było, że na nikogo ostatnie wydarzenia nie wpłynęły tak mocno, jak właśnie na Harriego. Ten ledwie debiutujący w kadrze zawodnik, w dodatku nieumarły, zdobył nagle wicemistrzostwo świata i... i właściwie nie wiadomo, co takiego się z nim stało. Czy woda sodowa aż tak uderzyła mu do głowy? Harri zmienił się wprost niesamowicie, w całkiem przeciwną stronę niż Hannu. Z cichutkiego, onieśmielonego skoczka, starającego się nie zwracać na siebie niczyjej uwagi, stał się zawodnikiem niesłychanie wręcz kłopotliwym, proszącym się o to, żeby było o nim głośno. Nie stąd, ni zowąd zrobił się humorzasty jak nastolatek, co w połączeniu z jego wampirzą naturą mogło stać się kiedyś naprawdę niebezpieczne. Co więcej, Harri zaczął stopniowo robić to, co mu się żywnie podobało, nie patrząc na nikogo ani na nic. Jak przy tym cyrku w wykonaniu jego i Arttu w Sapporo, zakończonym skokiem z ósmego piętra. Jak z jego całonocnymi wyjściami wczoraj oraz dzień wcześniej, o których Janne dowiedział się od Tamiego. Nie wspominając już o tym, jak Harri zniknął nagle na lotnisku w Oslo. To było już absolutne przegięcie. Co on sobie wtedy myślał, wystawiając całą kadrę do wiatru!? Gdyby chociaż najpierw poinformował kogokolwiek o tych sprawach, które go rzekomo zatrzymały, gdyby tylko uprzedził ich w jakikolwiek sposób! Jego psim obowiązkiem było uprzednie zapytanie trenera o pozwolenie, przecież to nie była żadna wycieczka turystyczna, tylko jednak wyjazd na poważne zawody, a Harri zachowywał się jakby... Janne nie chciał nawet kończyć swojej myśli, na wspomnienie tamtej afery sprzed dwóch dni wciąż jeszcze coś mu się w środku gotowało. Nie pamiętał, kiedy ostatnio ktoś wkurzył go równie mocno. Czy Harri naprawdę miał gdzieś wszystko i wszystkich, całą swoją kadrę? Niestety, ostatnio wiele na to wskazywało.
Tak samo, kadra skoczków narciarskich nie była formacją żadnej sekty wpajającej jedyną słuszną ideologię i wymagającej całkowitego posłuszeństwa, ale jednak jakieś minimalne podstawy lojalności wobec niej istniały – tymczasem nawet tę elementarną zasadę Harri zdawał się mieć w głębokim poważaniu. Od czasu powrotu z Sapporo udzielał się dość często w mediach i praktycznie za każdym razem obsmarowywał Nikunena od góry do dołu. Fakt faktem, że PBN ideałem trenera nie był – ale żeby oskarżać go, i to publicznie, jakby był winny całemu złu tego świata? Na dodatek bez żadnych wcześniejszych prób rozmów z kimkolwiek? Kiedyś takie zachowanie byłoby u Harriego wprost nie do pomyślenia.
Najbardziej niepokojące z tego wszystkiego było jednak nie to, co Harri z taką zapamiętałością upubliczniał, ale właśnie to, co wolał trzymać w sekrecie przed całym światem. Czyli swoją odmienioną, mroczną naturę, która coraz bardziej dawała o sobie znać. Przez ponad pół roku od swojej przemiany Harri pozostawał, na szczęście dla wszystkich, w gruncie rzeczy bezproblemowy. Żywił się substytutami i pochodnymi krwi, nie zgadzał się na swoją nową naturę, wciąż zachowywał się jak człowiek, jak wszyscy dookoła niego. I tak właśnie przez cały czas starał się myśleć o nim Janne: jako o koledze z kadry, takim jak każdy inny, może jedynie zmagającym się z pewnymi dodatkowymi niedogodnościami. Aho wierzył mocno w to, że chociaż Harri zmienił się znacząco pod względem swojej, że tak to nazwać, powłoki zewnętrznej, obecnie nieumarłej, wyposażonej w pewne nadnaturalne zdolności i fizjologicznie spragnionej świeżej krwi, to jednak w środku pozostał wciąż taki sam. Że w dalszym ciągu był tak koleżeński, pomocny, spokojny, że miał serce i rozum na właściwych miejscach. Że przemiana w wampira nie oznaczała wcale, jak chciałby tego Arttu, całkowitej zmiany charakteru i opowiedzenia się po stronie czystego zła.
Przez cały ten czas, aż do Mistrzostw Świata, Ahonen przekonany był, że to on miał tutaj rację. Może był zbyt pewny siebie, bo podświadomie zakładał, że sytuacja Harriego zdołała się już definitywnie ustabilizować? Musiał przegapić coś istotnego albo nie wziąć czegoś pod uwagę – ale czego konkretnie, to szczerze nie miał najbledszego pojęcia. Nie udało się nikomu zapobiec przed nastąpieniem tego, co może i tak było prędzej czy później nieuniknione: Harri zapolował po raz pierwszy, i to jeszcze na nieszczęście wszystkich, jego ofiarą stał się Ville. Nie przypłacił tego życiem, owszem, to się chwaliło, jednak tamten wieczór i tak okazał się brzemienny w skutkach, nawet bardziej dalekosiężnych niż doraźnych. Rozpoczął się u Harriego jakiś proces, idący w wybitnie złym kierunku, ale Aho nie miał najbledszego pojęcia, jak można by było go powstrzymać. Tym bardziej, że Harri przechodził ostatnio fazę buntu wobec wszelkich reguł, przez co stał się czymś w rodzaju tykającej bomby z masą nieziemsko poplątanych kabelków. A Aho głowił się mocno, ale nie był w stanie odpowiedzieć sobie, jak na czas ową bombę rozbroić, nie ryzykując jej przedwczesnego wybuchu. Próbował już przecież logicznych argumentów, przemówienia Harriemu do rozumu, ale bezskutecznie. Wszelkie uwagi sprawiały, że Harri stawał się jeszcze bardziej nieokiełznany. Sytuacja z nim wydawała się wręcz patowa: zarówno reakcja, jak i jej brak mogły prowadzić potencjalnie do jakiejś tragedii.

Wedle decyzji Nikunena, kadra fińska wybrała się na śniadanie wyjątkowo wcześnie, jako jedna z pierwszych. Kiedy ich drużyna była już w połowie posiłku, inne dopiero wchodziły do hotelowej restauracji albo wybierały sobie jedzenie w szwedzkim bufecie. Właśnie w momencie, gdy Aho pogrążony był w niewesołych rozmyślaniach na temat zachowania Harriego, nadeszła z tyłu kadra norweska. Skoczkowie szli w zbitej grupie, a za nimi podążał sztab szkoleniowy z Miką Kojonkoskim na czele. Ahonen obrzucił obojętnym spojrzeniem swojego dawnego trenera, który porzucił kraj rodzinny na rzecz Norwegów, po czym z powrotem skierował wzrok na Harriego. I tylko dzięki temu zdołał zauważyć coś, co trwało niewiele dłużej niż sekundę.
Kierując się w stronę bufetu, Norwegowie przeszli obok ich stołu, tuż za plecami skoczków siedzących naprzeciwko Aho, czyli Harriego, Tamiego i Vellu. W ich ciasno zbitej, rozgadanej grupie, najbliżej fińskiej drużyny przechodził Lars Bystoel. Chociaż miał odwróconą głowę w przeciwną stronę i rozmawiał o czymś z ożywieniem ze swoimi kolegami z kadry, to równocześnie nieznacznie wyciągnął rękę i przechodząc obok, przez ledwo dostrzegalną chwilę położył dłoń na ramieniu Harriego. Harri nie zareagował na to w jakiś szczególnie ożywiony sposób, tylko spuścił głowę, ale Janne zdążył zauważyć malujące się mu na twarzy coś na kształt uśmiechu. Odnotowując to z pewną wewnętrzną konsternacją, Ahonen natychmiast zogniskował swój wzrok na Bystoelu, który tymczasem jakby nigdy nic poszedł już spokojnie dalej. Po paru krokach znienacka jednak obrócił głowę w stronę stołu Finów i rozglądając się dookoła, wyłapał śledzące go spojrzenie Janne. Naraz zmarszczył czoło, a jego twarz stężała w dziwny sposób: w pierwszej chwili przywodziła na myśl głębokie skupienie, a w drugiej, całkiem niespodziewanie, przebłysk irytacji. Nie trwał on jednak szczególnie długo – jeszcze przed wykonaniem kolejnego kroku Lars odwrócił od Ahonena swoje nagle zdenerwowane spojrzenie i poszedł dalej, w swoją stronę.

Przez całą drogę do Oslo Aho kontynuował swoje rozmyślania, tym razem rozszerzone także o osobę Bystoela. Ale jedyny wniosek, do jakiego był w stanie jednoznacznie dojść, orzekał, że wiedział o całej sprawie znacznie mniej, niż mu się wydawało. Pamiętał dobrze zakopiańskie niuanse, wiedział więc doskonale, że Lars był wampirem, a co więcej to właśnie on przemienił Harriego. I jeszcze do niedawna wszystko wskazywało na to, że tych dwóch czekała dość niewesoła przyszłość, przynajmniej pod względem wzajemnych relacji: było więcej niż jasne, że Harri nie był w stanie znieść nawet myśli o Bystoelu. Wymówienie tego imienia czy nazwiska na głos w jego obecności taki Arttu opłacił przecież ugryzieniem, tylko bardzo szczęśliwym zbiegiem okoliczności jedynie w ramię. A tu tymczasem, zupełnie znienacka, kompletnie niezrozumiałym dla Janne sposobem, Lars i Harri musieli najwyraźniej jakoś się pogodzić. Co oznaczało, że... no i właśnie, w tym momencie w umyśle Ahonena zaczynała się jedna wielka biała plama. Wciąż będąc w szoku pod wpływem porannego odkrycia, wciąż nie potrafił ani dociec jego przyczyn, ani przewidzieć skutków.
W równym stopniu nurtowała go jeszcze inna, może nieco drobniejsza sprawa – owa nagła irytacja, którą Janne dostrzegł rano na twarzy Bystoela. Może była ona po prostu reakcją na wtrącanie się Ahonena w nie swoje sprawy, ale z drugiej strony, nastąpiła z lekkim opóźnieniem i była całkowicie niespodziewana... a w dodatku, ta kompletnie nieuzasadniona złość nie wydawała się pierwszą i jedyną w swoim rodzaju, jakiej Ahonen doświadczył. Nie chodziło mu bynajmniej o jakichś psychicznie skrzywionych antyfanów, których mógł denerwować nawet sam fakt, że Janne istniał, tylko raczej właśnie o taką niezrozumiałą irytację u kogoś takiego, jak... no, może niekoniecznie takiego jak Lars, przynajmniej nie dosłownie.
Aho przypomniał sobie nagle, że przecież podobny przebłysk gniewu, może o wiele subtelniejszy, ale jednak znaczący, widział już przecież u nikogo innego, tylko... Verenimiji, kiedy miał wątpliwą przyjemność wybrać się do niej na pertraktacje i przegrać je z kretesem. Lars był wampirem, tak jak ona, chociaż na pierwszy rzut oka strasznie trudno było tych oboje zaliczyć do tego samego gatunku. Bo... poza faktem nieumarłości nie łączyło ich chyba zupełnie nic. Czyżby więc oznaczało to, że Janne jakoś podświadomie działał wampirom na nerwy? Ale z drugiej strony, Harri zdawał się temu przeczyć, bo on nigdy nie zachowywał się w podobny sposób... chociaż nie dało się wykluczyć tego, że jednak krwiopijca był z niego dość odbiegający od wszelkich standardów. Przynajmniej na razie, bo co jeszcze mogła przynieść najbliższa przyszłość, tego Aho nie potrafił w żaden sposób zawyrokować.

Stolica Norwegii powitała skoczków narciarskich nagłą odwilżą oraz pogodą niezbyt sprzyjającą rozegraniu zaległych, przełożonych z dnia poprzedniego zawodów. Jak się okazało na miejscu, z powodu zbyt silnego wiatru odwołano już na skoczni poranny konkurs kombinatorów norweskich, a do popołudnia warunki atmosferyczne zbytnio się nie poprawiły. Dla zawodników zapowiadał się kolejny bezsensowny dzień, stracony na najpewniej bezowocnym czekaniu na jakąkolwiek poprawę pogodny, niezbędną do rozegrania choćby jednoseryjnego konkursu.
Już drugie popołudnie z rzędu Finowie zmuszeni byli cieśnić się w niewielkiej szatni niczym sardynki w puszce. Teraz jeszcze towarzystwa dotrzymywał im Ville, który wczoraj wynudził się po wsze czasy, pozostając całkiem sam na stanowisku servicemana.
Z braku pomysłu na jakieś ciekawsze zajęcie, Ahonen kontynuował obserwację swojej kadry. Vellu i Hannu nie wydawali mu się warci większej uwagi, bo po prostu siedzieli sobie cicho i spokojnie, ze spuszczonymi głowami, każdy pogrążony w swojej własnej, niewytłumaczalnej dla świata, milczącej melancholii. Arttu za to rozsiadł się na ławce i odchylił nieco głowę do tyłu, opierając się o ścianę. Słuchał jakiejś muzyki przez odtwarzacz mp3, a jego przymknięte oczy i błąkający się na twarzy uśmiech wskazywały na pełen relaks przed zawodami, niezależnie czy miałyby się one w końcu odbyć, czy też nie. Tami także wpisywał się w ten obraz sielskości i spokoju, w niespiesznie wertując jakąś książkę, wyglądającą na katalog wiązań do nart. Jedynie Ville i Harri wykazywali nieco więcej ożywienia. Ten pierwszy wyglądał na wyraźnie znudzonego, bo z jakimś wyczekiwaniem wodził ospale wzrokiem po całej szatni, a równocześnie zaczął bębnić palcami w ławkę na której siedział, wybijając sobie tylko znany rytm w oczekiwaniu na to, aż coś się w końcu zacznie dziać. Drugi siedział za to niemal jak na szpilkach. Co prawda, Harri rozglądając się po pomieszczeniu w przeciwieństwie do Villego ani razu nie obrócił głowy, ale poruszał samymi oczami bardzo energicznie, wręcz nerwowo. Poza tym jednak ani drgnął, zastygły w pełnej napięcia pozie. Jemu było daleko do nudy – jak zdawało się Ahonenowi, Harri musiał zaplanować już jakieś działanie, ale przed zrobieniem czegokolwiek powstrzymywał go fakt, że równocześnie starał się nie zwrócić na siebie niczyjej uwagi.
Udając obojętnego, Janne pozostał przy swojej roli biernego obserwatora. I nie musiał czekać nawet pięciu minut, żeby – zgodnie z jego oczekiwaniami – w końcu zaczęło się dziać coś przez duże „C”.

W pewnym momencie Harri naraz podniósł się ze swojego miejsca i niespiesznym krokiem, mającym wskazywać zapewne na postawę „jakby nigdy nic”, ruszył w stronę wyjścia z szatni. Jak wnioskował Aho, Harri chciał dzięki temu nie wzbudzić specjalnie niczyjej uwagi, ale z tym się przeliczył. Może i większość Finów nawet nie zauważyła, że wstał, ale znudzony Ville wykazał się lepiej od czujnika antywłamaniowego, reagującego na ruch w pomieszczeniu. Natychmiast wyprostował się, popatrzył z ożywieniem na Harriego i zanim tamten zdołał sięgnąć do klamki, zatrzymał go pytaniem:
- Ej, a ty gdzie uciekasz?
Harri naraz odwrócił się i popatrzył na Villego z wielkim zaskoczeniem. W jego oczach pojawił się na ułamek sekundy przebłysk jakiegoś lęku, ale zaraz ustąpił spojrzeniu całkowicie obojętnemu. A więc Harri dał się wyraźnie zaskoczyć, ale mimo wszystko zdecydował się na udawanie, że miał tę zaczepkę w głębokim poważaniu. Już miał z tą pozorowaną obojętnością ponownie odwrócić się i w końcu wyjść z szatni, ale Ville okazał się nieustępliwy. Swoim kolejnym tekstem znów zatrzymał Harriego wpół kroku:
- Nie wstyd to tak, własną kadrę zdradzać?
Tym razem po twarzy Harriego przemknął wyraz irytacji.
- O co ci chodzi? – warknął tonem, który był ni to zdenerwowany, ni to zaniepokojony.
- O to, że jesteś małym zdrajcą – oznajmił Ville z rozbrajającym uśmiechem. – Nic, tylko porzucasz nas i wciąż gdzieś się szlajasz. Gdzie ty w ogóle łazisz? I po co?
Obserwując tę sytuację, Aho stał się świadkiem ciekawego zjawiska: w miarę, jak Ville coraz bardziej ujawniał swoją ciekawość i chęć do kpin, tak równocześnie topniała oparta na irytacji pewność siebie Harriego.
- Eee... – zaczął fiński wampir z wahaniem, nie mając widocznie pomysłu na jakąkolwiek bardziej sensowną wypowiedź.
- No? – podjął Ville z wyczekiwaniem. – Dalej, przyznaj się. Gdzie ty tak znikasz od przylotu do Oslo?
- To nie twoja sprawa – usiłował uciąć natychmiast Harri.
Przyniosło to chyba jednak efekt odwrotny od zamierzonego: Ville uniósł brwi z niedowierzaniem, równocześnie pogwizdując pod nosem.
- Nie moja? – zapytał. – Kiedy ona coraz bardziej zaczyna mi się podobać. Albo i nie podobać. Bo wiesz, Harri, coś mi tutaj śmierdzi! Zupełnie jakbyś... trzymał jakiegoś trupa w szafie.
Harriego momentalnie ścięło. Stanął w całkowitym bezruchu, wydawał się nawet bardziej blady niż zwykle, gdy zacisnął usta w wąską kreskę i zawiesił wzrok na servicemanie, który tymczasem wyszczerzył się szeroko, mając najwyraźniej z całej sytuacji niezły ubaw.
- Powiem wprost – kontynuował – domysły mam dwa i chyba na więcej nie da rady wpaść. Obydwa są oczywiście karygodne i niewłaściwe dla kogoś takiego jak reprezentant Finlandii w skokach narciarskich, ale jeden możemy ci łaskawie wybaczyć bez większych problemów, a drugi już nie bardzo. I co, do którego się przyznajesz?
Harri nie odpowiedział nawet jednym zająknięciem.
- To nie zapytasz się nawet, jaki masz wybór? – zapytał Ville z teatralnym wyrzutem. – Dobrze, i tak ci powiem. A więc: jeżeli łazisz gdzieś, nikomu z nas nic o tym nie mówiąc, to w oczywisty sposób coś knujesz. Pytanie tylko co... i z kim! Jak dla mnie, opcje są tylko dwie, słuchaj uważnie. Pierwsze moje podejrzenie jest takie, że zacząłeś kręcić z jakąś laską, co by było wybaczalne, ale głupie, bo mógłbyś najzwyczajniej w świecie nam objaśnić co i jak, żebyśmy wiedzieli w jaki sposób pomóc ci w uniknięciu gnoju u PBN-a. A drugie... uuu, tu jest już gorzej. Bo widzisz, jak tak się kryjesz ze wszystkim, to można jeszcze pomyśleć, że... spiskujesz przeciw własnej kadrze.
O dziwo, pomimo że słowa Villego miały nieść grozę, Harri wydawał się nimi jakoś uspokojony. Do tego stopnia, że popatrzył na servicemana z powątpiewaniem.
- Co, nie trafiłem? – w głosie Villego było autentyczne niedowierzanie. – Nie może być! Ale... a może to coś jeszcze mocniejszego? Dwa w jednym? Szkodzisz drużynie i obsmarowujesz w wywiadach PBN-a, bo za plecami wszystkich kręcisz z tą jego Miią czy coś?
Harri skrzywił się, odruchowo odchylając się do tyłu i spoglądając na Villego z rosnącym niedowierzaniem. Równocześnie Janne zaczął się poważnie zastanawiać, czy aby nie wtrącić się do rozmowy z uwagą, że chyba Ville rozminął się z powołaniem, bo z takimi pomysłami nadawał się idealnie na scenarzystę oper mydlanych.
Zanim jednak którykolwiek z Finów zdążył się odezwać, rozmowę przerwało im pukanie do drzwi szatni. Było to samo w sobie dość dziwne, bo w takich chwilach fińskich skoczków nikt raczej nie odwiedzał poza Nikunenem czy Vaciakiem, którzy wchodzili bez pukania. Sytuacja stała się jednak naprawdę nietypowa dopiero w chwili, kiedy gość z zewnątrz bez otrzymania jakiejkolwiek odpowiedzi zdecydował się mimo wszystko otworzyć drzwi i wejść do środka. Był to zawodnik z obcej kadry, niby na swojej ziemi, a więc i własnym terenie, jednak przez swoje pojawienie się wprawił większość Finów w niemałą konsternację. Tym bardziej, że przez krótką chwilę wyszczerzył się do nich na powitanie, a uśmiech Larsa Bystoela, choćby i bez długich, wampirzych kłów, i tak należał do widoków niecodziennych i trudnych do zapomnienia.

- Hej wszystkim – odezwał się Lars po angielsku, przyglądając się kolejno każdemu z zadziwionych fińskich skoczków. – Nie przeszkadzam chyba?
- Nie, gdzie tam! – odparł Ville, naraz powracając do swojego dobrego humoru. – Rozumiem, że chciałeś nas przyłapać na produkcji bimbru, ale akurat dziś ci się nie udało.
- Samogon ze smaru do nart? – upewnił się Lars, uderzając w podobny, kpiący ton. – Ciekawe, trzeba będzie spróbować. Dajcie znać, jak już go upędzicie, piszę się na testera.
- Masz to jak w banku – stwierdził Ville pewnym siebie głosem. – A tak poza tym, to co cię tu sprowadza? Jakiś tajny zwiadzik dla zdrajcy Kojonkoskiego?
- Nie, dziś akurat nie – Lars nie dał ani trochę zbić się z tropu. – Kojo i tak wie o was wszystko, łącznie z tym, jakiego koloru skarpetki nosiliście przez ostatni tydzień. Brakuje mu tylko przepisu na ten bimber, ale że akurat źle z porą trafiłem... Jak pech, to pech.
Ville zaśmiał się, ale widać było po nim, że w tej słownej potyczce przegrał.
- Przyszedłem tu tak sobie, bo co tu robić przy tym wietrze? – zadał pytanie Lars filozoficznym tonem. – W końcu ile można siedzieć ze swoją kadrą...
To mówiąc, Bystoel popatrzył na stojącego o krok dalej Harriego, którego próby opuszczenia szatni spełzły na niczym. Harri dość niepewnie odwzajemnił to spojrzenie, ale nie odezwał się póki co ani słowem.
- No co, młody? – zapytał Lars ze spokojem. – Nie sądzisz, że mam rację?
Harri spuścił wzrok. Wydawało się, że jego odpowiedź powinna być jednoznaczna, ale w obecności całej swojej drużyny powstrzymywał się przed jej udzieleniem.
- No... – odezwał się z wahaniem – tak jakby...
- Ej, Bystoel! – wtrącił się Ville z ożywieniem. – Ty tu nam pod nosem nie przekabacaj Harriego na złą stronę!
Lars nagle spoważniał, ze stężałą miną kierując wzrok na fińskiego servicemana.
- A kto powiedział, że moja strona jest zła? – zapytał z lekką wrogością.
Villego aż zamurowało na tak nagłą zmianę tonu rozmowy. Dopiero po dłuższej chwili otrząsnął się i odezwał, zupełnie innym głosem, który stracił nagle większość ze swojej pewności siebie i żartobliwości:
- No... tak właściwie to nikt. To... to miał być taki żart, rozumiesz. Bo Harri zaczął nas ostatnio olewać i właśnie maglujemy go o to, że...
Lars nagle na powrót uśmiechnął się kpiąco.
- Że co, nie je codziennie sałaty na śniadanie? – zapytał. – Albo że trochę milej mu się biega po okolicy w nocy niż za dnia? A może chodzi o to, że Harri miewa czasem prywatne sprawy, których wy, jako zwykli, śmiertelni ludzie, nie powinniście aż tak mocno drążyć?

Szok na twarzy Villego wzmocnił się przynajmniej dwukrotnie. Poza tym, nawet pozostała część fińskiej kadry przestała się zajmować sama sobą i skupiła swoją uwagę na osobie Larsa. Tami uniósł wzrok znad książki i spoglądał na Bystoela z lekką konsternacją, zaś w oczach Vellu i Hannu – którzy przecież w Zakopanem mieli wątpliwą przyjemność dowiedzieć się, kim był Lars i co łączyło go z Harrim – pojawił się cień strachu. Także Ahonen mógł już trochę mniej się kryć ze swoim zaciekawieniem całą sprawą. Jedynym kompletnie niezainteresowanym pozostał Arttu, który w trakcie słuchania muzyki najwyraźniej przysnął, bo głowę miał odchyloną na bok, słuchawki wciąż w uszach, oczy zamknięte, lekki uśmiech na twarzy, a jego spokojny, głęboki oddech wskazywał na niezmąconą niczym, relaksującą drzemkę.
Lars tymczasem, wydawać by się mogło, swoim jednym retorycznym pytaniem postawił nagle granicę w poprzek szatni. Po jej jednej stronie znajdowała się kadra fińska, po drugiej – on sam i Harri. Zupełnie jakby należeli do dwóch odrębnych światów, które dla własnego dobra nie powinny były aż tak interesować się sobą nawzajem.
Nagle Ahonena uderzyło jedno spostrzeżenie, które tylko spotęgowało jego poranną konsternację. Przecież ta postawa, tak dobitna, kojarzyła mu się jednoznacznie... ten tekst Larsa, jego mina, cała jego werbalna i niewerbalna komunikacja wyrażała następującą myśl: „to moja sprawa, a nie wasza, więc się lepiej, głupi ludzie, nie wtrącajcie, bo co najwyżej prosicie się o kłopoty”.
To było przecież zupełnie jak zachowanie Verenimiji, kiedy Janne usiłował zdziałać cokolwiek w kwestii Mattiego.

- Zaraz... – odezwał się po dość długiej chwili milczenia Ville, wciąż z niedowierzaniem. – Ale skąd ty wiesz, że...
- Oj, ja wiem nawet dużo więcej – odparł Lars. – Tak więc... pilnuj się, Kantee. I nie wchodź w paradę tam, gdzie cię nie chcą. To samo...
Lars przeniósł swój wzrok po innych fińskich skoczkach i zatrzymał go na Ahonenie, marszcząc brwi zupełnie jak przy śniadaniu.
- ...tyczy się zresztą was wszystkich – dokończył, stopniowo zaniżając głos.
Janne nie dał po sobie niczego poznać, jedynie użył wobec Bystoela swojego najbardziej przenikliwego spojrzenia, zwanego I-will-kill-you-znienacka.
Czyżby czekała go kolejna próba sił, prowadzona ze straconej pozycji? O ile w ogóle miała ona jakiś sens... fakt był taki, że cała ta sytuacja Ahonenowi się nie podobała. Ville w tych swoich wygłupach miał właściwie rację: wiele wskazywało na to, że Lars rzeczywiście sprowadzał Harriego na złą drogę. Zresztą, zaczął to robić już dość dawno.
Najbardziej w tym wszystkim żal było samego Harriego. Kiedyś wydawało się, że przemiana w wampira wcale nie przypieczętowała jego losu, ale dziś, przynajmniej jak dla Ahonena, jego obecne zachowanie nie rokowało dobrze na przyszłość ani dla niego, ani tym bardziej jego relacji w fińskiej drużynie.
- I po to właśnie przyszedłeś, żeby nam to oznajmić? – zapytał Janne, włączając się do rozmowy.
- Tak... mniej więcej tak – odparł Lars dość nieprzyjemnym tonem. – Po to i po młodego, jak chodzi o dokładność. No chyba, że trener każe wam wszystkim tu siedzieć i się stąd nie ruszać, jak kurczakom w chowie klatkowym. Bo my mamy u Koja, że tak powiem, wolny wybieg.
- Nie przesadzajmy – stwierdził Janne, zachowując kamienną twarz. – Podobno wszyscy już dawno jesteśmy dorośli i sami o sobie decydujemy. Więc nie patrz tak na mnie, tylko zapytaj Harriego, czy chce wyjść, czy nie.
Aho nie widział lepszego wyjścia z tej sytuacji. Niby aż chciało się zakazać Harriemu zadawania się z takim degeneratem, ale z drugiej strony to nie mogło nic dać, a przynajmniej nic dobrego. Harri i tak nie słuchał już za bardzo kogokolwiek ze swojej drużyny, więc ów zakaz natychmiast by złamał, skrycie albo jawnie, co jeszcze bardziej popsułoby stosunki pomiędzy nim a resztą kadry.
Najrozsądniejszym wyjściem, niestety, było siedzenie z założonymi rękami i czekanie na cud, że jednak Harriemu wróci nieco oleju do głowy. Wydawało się to jednak coraz mniej prawdopodobne.

Takie postawienie sprawy przez Ahonena zadziwiło chyba wszystkich znajdujących się w fińskiej szatni. Najszybciej z tego zaskoczenia otrząsnęli się Lars i Harri, którzy popatrzyli na siebie, a następnie już bez słowa wyszli na zewnątrz. Kiedy tylko zamknęły się za nimi drzwi, Vellu i Hannu odetchnęli z widoczną ulgą, Tami taktownie powrócił do lektury swojej książki, za to Villemu z wrażenia aż opadła szczęka.
- Co... co to było? – rzucił pytanie w przestrzeń, nie patrząc na nikogo konkretnego, kto mógłby mu udzielić odpowiedzi.
Ponieważ Arttu wciąż spał, a pozostała trójka skoczków w osobach Vellu, Hannu i Tamiego obrała taktykę pilnowania swojego nosa i udawania, że nic szczególnego przed chwilą się nie stało, Janne poczuł się zobligowany do udzielenia servicemanowi jakiejś odpowiedzi.
- Coś, co jest już chyba niestety poza naszą kontrolą – oznajmił dość ponurym głosem.
- No ale... kurde, o co tu chodzi? – Ville wciąż nie mógł otrząsnąć się z szoku. – Najpierw on wszedł, potem zaczął gadać jakoś dziwnie, a teraz oni sobie tak po prostu poszli? Jakby... jakby właśnie nie wiem co. I w ogóle... co ten cały Bystoel ma do Harriego?
- Obawiam się, że wszystko – odparł Aho.
- Ale... tak poważnie? Wszystko, czyli co konkretnie?
- Na przykład... właściwie to wcale bym się nie zdziwił, gdyby to właśnie przez Bystoela Harri nam zniknął w Oslo – stwierdził Janne.
Oczy Villego zwęziły się w dwie szparki.
- A więc miałem rację! – zawołał. – Harri to zdrajca, przekupiony przez tego drania zwanego Kojem!
Janne zachował pozbawiony wszelkich emocji wyraz twarzy, choć każdy inny człowiek na jego miejscu w tym momencie krzywo by się uśmiechnął.
- Nie, to raczej jednak nie o to tu chodzi – stwierdził.
- Czyli o co? – zdziwił się Ville. – Że niby prawdziwy jest mój drugi wariant? W sensie, że oni są...
- Wampirami – wpadł mu w słowo Janne. – Już nie kombinuj jak ten koń pod górkę.
- To Bystoel też? – w głosie Villego czuć było niedowierzanie. – A on skąd, przez Harriego?
- Nie, dokładnie na odwrót – gdyby nie to, że cała sprawa tak Ahonena martwiła, może nawet uśmiechnął by się blado na myśl o absurdalnych pomysłach servicemana.
- Ale jak to? – zapytał Ville. – Jak to dokładnie było?
- Nie mam pojęcia o żadnych szczegółach. Jeśli koniecznie musisz wiedzieć, to sam ich zapytaj, ale pamiętaj, o czym mówił Bystoel. Ta ciekawość może być pierwszym stopniem do piekła.
- A gdyby tak... – zaczął Ville, po czym jednak urwał, a resztę dopowiedział szeptem, jak gdyby bardziej do siebie. – Ech, to może kiedyś.
- Co? – zapytał Ahonen.
- Nieważne – stwierdził Ville, patrząc w sufit i uśmiechając się lekko do swoich myśli.

Pełen złych przeczuć, Aho nie odezwał się już więcej, wyglądając przez okno szatni i pogrążając się w ponurych rozmyślaniach.

KomentarzeDodaj