odcinek siedemnasty – PODRÓŻ ZA JEDEN UŚMIECH

Oto kolejna porcja FF. Niestety, zapas odcinków dramatycznie mi topnieje, nie tyle z braku weny, co raczej tego, że nie ma za bardzo wolnej chwili na pisanie... ja tego nie rozumiem, dlaczego przez to cholerne Euro 2012 studenci muszą wyrobić się ze wszystkim miesiąc szybciej niż normalnie (chociaż akademików i tak nie zwolnią, bo będą mieli sesję), a z kolei drogowcy jakoś śpieszyć się nie muszą i po prostu oznajmiają, że nie zdążą? Tak, moi drodzy czytelnicy, nie przyjeżdżajcie do Poznania na Euro, całe centrum jest rozkopane, korkiem stoi i nie ma szans, żeby do czerwca się to zmieniło. Powiedziałabym wręcz, że z dnia na dzień jest coraz gorzej, bo zamykają kolejne ulice, podnoszą ceny biletów na komunikację miejską... gdyby nie to, że na uczelnię mam dwadzieścia kilometrów, najchętniej przesiadłabym się na rower.
Nie odpuszczę sobie we wstępie jeszcze wzmianki o wiadomości, która niedawno obiegła internet: podobno Harri ma wrócić do skakania. Nie żeby coś, ale osobiście czarno to widzę i pytam się: po co? Ja tam jestem zdania, że jeżeli zamknęło się jakiś rozdział, to nie należy wracać do niego, bo od tego mogą tylko powstać rzeczy dziwne i kłopotliwe. Dlatego cieszę się bardzo, że skoków nie oglądam już od dwóch lat i oszczędzę sobie nerwów.
Na koniec jeszcze, żeby był przynajmniej jeden element w bardziej pozytywnym tonie, wspomnę, że w zeszłym tygodniu byłam świadkiem porannej dyskusji przy śniadaniu na temat różnic pomiędzy kanapą, sofą, wersalką, szezlongiem i tapczanem. Wymiana zdań zakończyła się stwierdzeniem, że gdyby każdemu człowiekowi na ziemi dać własną kanapę, to wszyscy byliby zadowoleni i rozwiązałby się problem wojen na świecie.


***

Wiadomość została wysłana.

Lars zmarszczył czoło, wpatrując się w komunikat na ekranie swojej komórki. Wiedział, że musiał napisać tego esemesa do Harriego, chociaż zrobił to z ciężkim sercem. Nie lubił blefować, a już tym bardziej nie miał zamiaru oszukiwać młodego, ale, niestety, zmusiły go do tego warunki. Nie mógł przecież napisać, że sytuacja była tak właściwie denna i póki co nie widział z niej żadnego wyjścia. Nie, takich rzeczy po prostu się nie robi, nie Harriemu. Nierealistyczny optymizm był w tym przypadku złem koniecznym.
Harri przecież liczył na to, że zobaczą się w Planicy. Bo i czemu miałoby być inaczej? I on, i Lars należeli do kadr A w swoich reprezentacjach. Obydwaj mieli mistrzowskie tytuły i medale na kontach. Jakim cudem któryś z nich mógłby nie załapać się do drużyny na finał Pucharu Świata?
Niestety, cuda się zdarzały, szczególnie te niepożądane. I tak wczesnym porankiem, w dzień odlotu do Planicy, zadzwonił do Larsa nie kto inny, jak Mika szlag-by-go-trafił Kojonkoski. W zwięzłych słowach oznajmił mu, że z uwagi na obecną dość przeciętną formę Larsa oraz jego skomplikowaną sytuację osobistą podjął decyzję, żeby jednak pozostawić go w kraju. Na jego miejsce powołał nową twarz w norweskiej kadrze, Johana Remena Evensena, który na co dzień startował w Pucharze Kontynentalnym. Według Kojonkoskiego, te wszystkie fajerwerki związane z finałem Pucharu Świata były w obecnej chwili dla Larsa niewskazane. Zamiast tego trener doradził mu spędzić ten czas spokojnie, na odpoczynku i układaniu swoich spraw w domowym zaciszu, tak, aby w następny sezon wejść już z energią, pełnią pary, porządkiem w głowie i dookoła siebie też.
Kojo rozłączył się praktycznie tuż po swoim bardzo krótkim monologu, także nie dane było mu usłyszeć w niewybrednych słowach, co osobiście Lars sądził na ten temat.

O ile normalnie trudno było o trenera, który zachowywałby się bardziej w porządku niż Kojonkoski, o tyle tym razem okazał się on albo mistrzem perfidii, albo nieskończenie naiwnym kretynem. Niby jak Lars miał się zająć układaniem swoich spraw, jeżeli one czekały w Planicy, a on pozostał całkiem sam w Oslo? Bez kumpli z kadry, którzy już polecieli, bez domu, ze śmiesznie małą ilością gotówki w portfelu i zatrważająco niskim limitem na karcie, który to swego czasu założyła mu Karianne, żeby nie wydawał zbyt wiele na picie... tak po prawdzie, gdyby Lars był człowiekiem, to nawet i na jedzenie by mu nie starczało.
Sytuacja była denna, po prostu denna. Bez finansowego wsparcia ze strony Norweskiego Związku Narciarskiego nie było możliwości, żeby Lars jeszcze tego dnia pokonał pół Europy i znalazł się w Słowenii. Nie stać go było nawet na żadne tanie linie lotnicze, a poza tym, jakim cudem miałby tak szybko zdobyć bilet?
Myśląc realistycznie, opcje miał tylko dwie. Pierwszą było pozostanie w mieszkaniu Bera – chociaż tyle dobrego, że Bjoern zlitował się i nie wyrzucił go na bruk przed wyjazdem. Stwierdził, że Lars może zatrzymać sobie jeszcze na tydzień drugą parę kluczy, jeżeli tylko w zamian raz czy dwa podleje kwiatki.
Było to wyjście niewątpliwie najłatwiejsze, ale zarazem najmniej sensowne, bo nieprowadzące donikąd. Gdy po wysłaniu esemesa Lars usiadł na kanapie w salonie, nie wiedząc, co zrobić dalej, niemal odczuwał każdą upływającą minutę jako rodzaj osobistej porażki. Nie robiąc nic, nie rozwiązywał problemu w żaden sposób. Przeciwnie, bez zdobycia się na jakieś działanie mogło być już tylko gorzej.
Co do alternatywnej opcji, która mu pozostała... o ile pierwsza miała w sobie coś z siedzenia na torach i czekania na przejeżdżający pociąg, o tyle ta druga przypominała bardziej skok prosto z wiaduktu kolejowego. I to bez żadnego czarnowidztwa, tylko przy myśleniu zupełnie realistycznym, pozbawionym złudzeń. Nie było po prostu żadnych szans, żeby skończyło się to dobrze, a przynajmniej na tyle szybko, żeby rozwiązać problem zdobycia transportu do Planicy. Ba, wybierając tę opcję, o Planicy Lars mógł ze spokojem zapomnieć.
Ową drugą opcją był oczywiście powrót... albo raczej nie tyle powrót, co pielgrzymka pokutna. Obowiązkowo na klęczkach i w wymiętym, brudnym dresie. Z nocowaniem na twardej, kłującej wycieraczce, najpewniej przez następny miesiąc. Na litość Karianne nie było w tym momencie co liczyć.
Lars aż mimowolnie skrzywił się na myśl o tej perspektywie. Gdyby miał tylko cień szansy, że dałoby się załatwić przeprosiny w godzinkę czy dwie, poprosić o fundusze na wyjazd do Planicy, wykręcając się zaspaniem na samolot, którym leciała cała kadra, otrzymać stosowną kwotę i jeszcze tego wieczoru dotrzeć do Słowenii... choćby i nadzieje były minimalne, Lars poświęciłby się i podjął to ryzyko. Tylko że, niestety, owych szans ani nadziei nie było wcale. Równie dobrze mógłby liczyć na to, że w centrum Oslo wyląduje dziś latający talerz, a kosmici zaoferują mu podwózkę do Planicy. I tak właściwie, to pod względem chęci do współpracy, nawet kosmici wydawali mu się bardziej przyjaźni od Karianne.

W poczuciu głębokiej beznadziei Lars przekręcił się na brzuch i padł bezwładnie na kanapę. Leżał tak przez dłuższą chwilę, aż nagle uznał, że wyczuł coś dziwnego. Po zmuszeniu się do podniesienia głowy i niechętnym otwarciu oczu zorientował się w sytuacji: jak się okazało, nie zarył nosem w samo siedzenie kanapy, tylko w leżący na nim, złożony w kostkę koc. Nie dostrzegając w tym niczego szczególnego, powrócił do poprzedniej pozycji, z braku laku dalej zastanawiając się nad tym, co właściwie wzbudziło w nim tę bardziej ożywioną reakcję.
W końcu doszedł do wniosku, że chodziło właśnie o ten koc. On tak jakoś... pachniał inaczej. Nie jak wszystkie rzeczy w domu Bera, łącznie z tą częścią garderoby, którą Lars musiał sobie u niego wyprać. Nie, zupełnie innym proszkiem do prania. I jeszcze... może trochę jakąś taką dziwną wonią plastiku, która zdarzała się przy niektórych torbach podróżnych. To było wszystko, a mimo tego w jednej chwili te nietypowe zapachy przywiodły Larsowi na myśl Harriego.
To w końcu był ten koc. Zaledwie trzy dni temu przez tych parę godzin leżał pod nim ten szczególny, młodziutki fiński skoczek. Osobisty i jedyny wyrzut sumienia, jaki Lars posiadał.
Chociaż wówczas akurat nie myślał o nim w takiej kategorii. Nie, przecież wtedy Harri... sprawiał wrażenie nawet w miarę szczęśliwego. Leżał na tej kanapie, a na jego pyzatej, nieomal dziecinnej twarzy malował się taki zupełnie pogodny uśmiech...
Lars z lekką konsternacją przyłapał się na myśli, że najchętniej cofnąłby czas o te pięćdziesiąt godzin. Choćby i na jeden moment, byleby tylko móc jeszcze raz usiąść przy Harrim i poczochrać go po włosach.

Po tak długim czasie spędzonym w ciszy Norweg aż zerwał się z miejsca, kiedy usłyszał brzęczenie swojej komórki, spowodowane otrzymaniem nowej wiadomości. Ożywił się jeszcze bardziej, kiedy zobaczył, kto był jej nadawcą: Ha. Skróty wymyślił oczywiście on sam, na wypadek, gdyby komórka któregoś z nich dostała się w niepowołane ręce.

Nie, NIC nie będzie dobrze! :(

Lars bez większego zastanowienia się wybrał opcję „odpowiedz” i zaczął szybko wpisywać nową wiadomość:

Młody, wyluzuj. Ja już jadę do Planicy.

Zanim dotarło do niego, co właściwie napisał, zdążył już dawno nacisnąć klawisz podpisany jako „wyślij”.

Po chwili potrzebnej na otrząśnięcie się z szoku, nie pozostało Larsowi nic innego, jak uznać, że klamka zapadła. Chociaż nie miał trzeciego wyjścia, to musiał je stworzyć, w dodatku teraz, zaraz, w końcu według dopiero co wysłanego esemesa był w drodze. A Harri musiał dolecieć już do Słowenii, jeżeli odpowiedział dopiero teraz, o godzinie...
Lars popatrzył na zegarek w komórce i z niejakim przerażeniem stwierdził, że było już popołudnie. Nie miał ani chwili do stracenia.
Tak właściwie, to już od dawna był spakowany i gotowy do drogi, brakowało mu jedynie środka transportu. Zaczął od eliminacji tych, które nie wchodziły w grę ze względu na koszty, a niestety było ich dość sporo. Samolot odpadał, przejazd jakimś busem czy autokarem też. Własny samochód także nie wchodził w grę, bo po pierwsze, do jazdy potrzebował przecież benzyny, która swoje kosztowała... a po drugie, Lars nie miał nawet kluczy do garażu. Kolej wchodziła ewentualnie w grę, ale oznaczałaby jazdę na gapę, czyli albo z tyłu ostatniego wagonu, albo w toalecie, albo jeszcze lepiej na dachu... co może i byłoby do zrobienia, ale niekoniecznie z torbą podróżną, a jednak na wyjazd chciał zabrać ze sobą chociaż kilka rzeczy.
Szukając jakiejś inspiracji, Lars obszedł całe mieszkanie Bjoerna, zgodnie z obietnicą podlał mu wszystkie podejrzane, zielone obiekty w doniczkach, w kuchni nawet wyrzucił mu do śmietnika niedojedzony kawałek pizzy, który do powrotu Bera z Planicy zdążyłby się z pewnością zepsuć... i w jednej chwili doznał nagłego natchnienia.
Karton po pizzy. To była myśl!
W jednej chwili Lars przerzucił się na poszukiwanie czegoś do pisania. Przetrząsnął po raz drugi całe mieszkanie Bera, ale niestety, jego lokator był osobą bardzo dbającą o porządek i bez wywrócenia wszystkiego do góry nogami Larsowi udało się znaleźć tylko jedną kredkę do oczu. Próbował nie zastanawiać się, czy była ona własnością Bjoerna, czy może jednak zostawiła ją tutaj Martine, jego dziewczyna, podczas jednej ze swoich wizyt. Zamiast z tego z ową kredką w dłoni oderwał od pudełka po pizzy jego górną część, po czym po wewnętrznej, gładkiej stronie, wysmarował drukowanymi, jak najwyraźniejszymi literami jedno słowo:

KOPENHAGA

Nawet całkiem zadowolony z siebie, schował kredkę do kieszeni – w końcu stolica Danii nie była celem jego podróży, tylko jednym z kluczowych punktów pośrednich, do których najłatwiej było znaleźć transport – ubrał swoją zwykłą, szarą kurtkę i czapkę bez żadnych reklam kadry norweskiej, po czym w jedną rękę wziął torbę podróżną, w drugą przygotowaną właśnie tabliczkę, a następnie opuścił mieszkanie Bjoerna.
Ledwo Lars skończył zamykać za sobą drzwi na klucz, gdy kolejny raz zabrzęczała jego komórka, informując go o otrzymaniu nowej wiadomości od Harriego:

To się pośpiesz.

Lars zrezygnował tym razem z napisania natychmiast odpowiedzi, tylko z lekkim uśmiechem na ustach schował komórkę z powrotem do kieszeni.

Była w tym jakaś niewątpliwa ironia losu, że Lars nie pamiętał, kiedy ostatnio w równym stopniu zależało mu na wyjeździe na zawody Pucharu Świata. I nic tu nie zmieniał fakt, że w tym roku mógł pojawić się w Planicy co najwyżej w roli widza. Planica i bez tego była na swój sposób magicznym miejscem, choć swojego zeszłorocznego pobytu tam Lars nie wspominał najlepiej – głównie z racji tego, że jako dopiero co przemieniony wampir w żaden sposób nie był w stanie przyswoić ani kropli alkoholu, w związku z czym przez cały wyjazd pozostawał chyba jedyną pełnoletnią i trzeźwą osobą w promieniu kilku kilometrów. Na domiar złego, z tego właśnie powodu wielu kumpli z drużyny dorzuciło mu na barki mało przyjemny obowiązek pilnowania ich w trakcie imprez.
W tym roku Lars zdecydowanie musiał to sobie odbić. Zwolniony ze skoków, mógł po przyjeździe do Planicy zająć się znacznie ciekawszymi rzeczami. Chociaż z drugiej strony to nie imprezowanie i używki zajmowały u niego czołowe miejsce na aktualnej liście priorytetów.
Najważniejszy był w tym wszystkim jednak Harri. Chociaż jak zawsze był taki po fińsku skryty i nieśmiały, to jednak poprzez swoje esemesy dał wyraźnie do zrozumienia: zależało mu na obecności Larsa w Planicy. Tak, jak Bystoel to wcześniej przeczuwał, albo przynajmniej łudził się, że przeczuwa.
Bo z Harrim to... to wszystko było w sumie szalenie skomplikowane. Już od samego początku.

Przede wszystkim, Harri należał do tego rodzaju istot, które – w zupełnie nieświadomy dla siebie sposób – potrafiły wywołać u innych skrajne, wyjątkowo sprzeczne ze sobą emocje. Mając do czynienia z kimś takim jak on, można było odszukać w sobie to, co najlepsze, a równocześnie poczuć zew najpodlejszych instynktów. Nie sam dysonans był tu jednak problemem, ale fakt, że ich kontakty rozpoczęły się właśnie w ten gorszy z dwóch możliwych wariantów.
Harri... no, co tu było dużo mówić. Zarówno w tym bardzo krótkim momencie, kiedy Lars natrafił na niego jeszcze za jego życia, oraz przy późniejszym, bardziej świadomym spotkaniu, oddziaływał na niego niemalże tak samo. Przede wszystkim... Harri zawsze wyglądał jak ucieleśnienie niepokoju i lęku przed światem dookoła. To się ujawniało we wszystkim, jego posturze, gestykulacji, sposobie mówienia, czy nawet bardziej mamrotania pod nosem... pewności siebie to on nie miał za grosz. I żeby jeszcze tylko o to chodziło... ale nie. Harri – czy tego chciał, czy nie – z tym zadziwiająco młodym jak na swój wiek wyglądem i wciąż kompletnie naiwnym pojmowaniem rzeczywistości... sprawiał wrażenie, jakby był trochę nie z tego świata. Nie był to tylko i wyłącznie pijacki zwid.
Niestety, dzięki temu Harri nadawał się na wprost idealną ofiarę. Której można było zrobić wszystko, na co tylko miało się ochotę, bo on nijak nie był w stanie się przed tym obronić. I tak właśnie Lars postępował z nim od samego początku, spijając całą tę jego rozkosznie słodką, niewinną krew, bez żadnych wewnętrznych hamulców, co doprowadziło do tej tragedii, wypartej z pamięci na tak długi czas.
Później zresztą, kiedy nastąpiło ich bardziej świadome spotkanie, jako dwóch obcych sobie wampirów... to wciąż musiało działać w ten sam sposób. Przecież Lars miał wciąż wtedy zwyczaj wyłapywania młodych skoczków z obcych kadr i polowania na nich przy poklasku norweskiej drużyny. Wówczas szykował podobną akcję i praktycznie od razu zadecydował, żeby ofiarą ich okrutnego żartu padł właśnie Harri... a przecież musiał już wtedy przeczuwać, choćby podskórnie, że trafił na drugiego nieumarłego. Mógł wybrać wtedy inny cel ataku, przecież Finów było tam pod dostatkiem. I co? I nic, nie zrobił tego, pozostał właśnie przy Harrim. I... tak mówiąc szczerze, nigdy wcześniej nie miał podobnej radości z tej specyficznej zabawy, napawając się jego przerażeniem.
Nigdy później zresztą też nie. Jak Lars teraz o tym pomyślał, to jakoś zupełnie naturalnie wyszło, że po owym incydencie z Harrim całkowicie porzucił ten w gruncie rzeczy podły zwyczaj. Nie wrócił do niego już nigdy więcej, przestał polować na zawodników debiutujących w Pucharze Świata. Chyba nawet reszta norweskich skoczków była tym swego czasu zawiedziona, kiedy oznajmił im wprost, że nie, krwi tego młodego, nadambitnego zawodnika zwanego Schlierenzauerem próbować nie zamierzał.

Potrzeba było jednak czasu, żeby sytuacja z Harrim uległa znaczącej zmianie. A przede wszystkim... żeby Lars przestał zachowywać się jak egoista. I wczuł się chociaż trochę w sytuację Harriego. Zrozumiał, że ten jego ciągły strach i ból to były jak najprawdziwsze emocje, które trzeba było traktować poważnie, a nie czerpać z nich satysfakcję najniższej rangi. Zwłaszcza, że mniej więcej tuż przed rozpoczęciem się sezonu zimowego Lars zauważył tę inną opcję. Zdecydowanie bardziej zadowalającą, ale równocześnie wymagającą niepomiernie większego wysiłku.
Bo przecież... pomimo tego, że Harri był wampirem, wciąż zdawał się być taki niesamowicie delikatny. Może już nie w sensie kruchości, ale tej szczególnej wrażliwości na cały świat dookoła, który, jak to w życiu z reguły bywało, nie obchodził się z nim najłagodniej. A on niczym nie zasłużył na tak niesprawiedliwy los i podłe traktowanie przez wszystkich! I dlatego... Lars doszedł kiedyś do niespodziewanego wniosku, że może należałoby zacząć postępować całkowicie na odwrót niż dotychczas. Że może więcej satysfakcji od dręczenia takiej biednej, niewinnej istoty, dałoby... zaopiekowanie się nią.
Oczywiście, pomyśleć to jedno, a zrobić to drugie. W praniu z jego postanowieniem wychodziło bardzo różnie. Jeszcze nie raz, nie dwa, bardziej lub mniej umyślnie, zdarzało mu się wyrządzić Harriemu jakąś krzywdę. Czasem było to dokuczenie mu w jakiś sposób, czasem pozostawienie w sytuacji, która mogła potencjalnie okazać się dla niego niebezpieczna i z reguły tak się właśnie działo.
Czarę goryczy w tym wszystkim przelało niespodziewanie Zakopane. Właśnie w tamtym momencie, kiedy Lars w końcu dał radę zrobić coś jednoznacznie dobrego, oddając Harriemu część swojej krwi... nie wiadomo do końca skąd powróciło tamto wspomnienie, w jednej chwili burząc wszystko to, co próbował budować całymi dniami. Całą tą nową, lepszą relację z Harrim. Znowu wszystko wróciło do punktu wyjścia, albo nawet i gorzej, bo przecież Harri poznał większą część prawdy.
Dlatego o pozostałym jej kawałku nie mógł się dowiedzieć, chociaż pytał o niego już nie raz: dlaczego to właśnie jego i tylko jego Lars przemienił w wampira? Nie mógł usłyszeć na to szczerej, pełnej odpowiedzi. A przynajmniej nie teraz, bo Bystoel sam wciąż nie był w stanie właściwie jej sformułować w myślach.

Przejazd autostopem z Oslo do Planicy był dość żmudny i trwał znacznie dłużej, niż jakiekolwiek podróże samolotowe z całą kadrą, nawet te na drugą półkulę. Dostanie się przez Szwecję do Kopenhagi, dalej przejazd przez Niemcy, kolejno Hamburg, Hanower, Norymbergę, Monachium, przecięcie Austrii na wysokości Augsburga... wszystko to zajęło mu ponad dwa dni. Pięćdziesiąt godzin, spędzonych najwyżej w połowie na samej jeździe do celu, a w pozostałej części na wyczekiwaniu na właściwy transport. Bardzo mały ułamek z tego zajęły mu jeszcze polowania na obrzeżach mijanych dużych miast, bo ich przecież nie dało się uniknąć. Choćby po to, żeby uniknąć ryzyka pogryzienia kierowców, którzy go podrzucali, bo tak by po prostu nie wypadało. Dość, że Lars jechał całkiem za darmo i jeszcze na dodatek nikt nie rozpoznał w nim mistrza olimpijskiego, który niezrozumiałym trafem nie znalazł się w kadrze.

Kiedy Lars dotarł w końcu do Kranjskiej Gory, był już piątkowy wieczór po pierwszym z trzech zaplanowanych konkursów lotów narciarskich. Nie miał pojęcia, jaki był wynik, bo w trakcie dnia, zamiast wiadomości sportowych, zmuszony był słuchać w samochodzie radia ze szmirowatą pop-papką. Nie wiedział także za bardzo, gdzie byli wszyscy, bo swojej kadry przecież nie poinformował, że w końcu jednak przyjeżdża do Planicy. Tamci by mu żyć nie dali, ciągając z jednej imprezy na drugą, a nie o to Larsowi w tym wyjeździe chodziło.
Zdając się na instynkt i łut szczęścia, Lars ruszył do hotelu, w którym kadra norweska, fińska oraz parę innych rezydowały już od lat. Oddał swój bagaż do depozytu, a następnie zabrał się za rzecz kluczową, czyli poszukiwanie Harriego. Zadanie miał o tyle utrudnione, że mniej więcej w połowie Niemiec wyczerpała mu się bateria w komórce, zanim pomyślał, że mógłby napisać do młodego kolejną wiadomość i upewnić go, że naprawdę był już w drodze. Tym bardziej nie miał możliwości zadzwonienia w tej chwili i zapytania się, gdzie właściwie aktualnie Harri się znajdował. I wolał też nie pytać o to nikogo. Im mniej ludzki świat był włączany w ich sprawy, tym lepiej.
Chociaż była dopiero dwudziesta pierwsza, hotel wydawał się jakby wymarły. Widocznie wszyscy wyjątkowo zgodnie ruszyli na miasto, bo kiedy Lars przechodził się przez hotelowe korytarze, miał wrażenie, że znalazł się w początkowych scenach jakiegoś horroru – niby wszystko dookoła wyglądało normalnie i wydawało się ok, ale ta niesamowita cisza dookoła i brak kogokolwiek w pobliżu mogły być podwaliną pod budowanie nastroju grozy. Przynajmniej u zwykłego człowieka, który znalazłby się w podobnej sytuacji, bo przecież nie u Larsa. On już dawno posiadł tę świadomość, że jeżeli miał się bać czegokolwiek, to przede wszystkim siebie samego.
W hotelu nie było praktycznie nikogo, no, może ze dwie, trzy osoby, których obecność dosłyszał przez drzwi do pokoi, wytężając słuch. Nie było też żadnych śladów wskazujących na to, że Harri mógłby gdzieś tu być. Lars żałował trochę, że nie był jeszcze aż tak silnym wampirem i nie wykształcił mu się wciąż jeden z wyższych zmysłów, który podpowiedziałby mu jasno, czy w pobliżu znajdują się jacyś inni nieumarli, czy nie. Niby była to kwestia czasu, pytanie tylko jak długiego. Niestety, liczony w minutach, z pewnością nie okazałby się rozsądną liczbą. Skoro jednak ta metoda była niedostępna... to należało poszukać Harriego na ludzki sposób, wysilając szare komórki. Larsowi nietrudno było domyślić się, że nawet jeżeli młody opuścił hotel, to próżno byłoby go szukać tam, gdzie reszty skoczków, czyli na imprezach w lokalnych klubach. To nigdy nie były ulubione klimaty Harriego, a już na pewno nie teraz, kiedy wybitnie stronił od swojej kadry. Co... mogło oznaczać, że poszedł gdzieś zupełnie sam. I może nawet, żeby mieć święty spokój, wybrał swoją ulubioną metodę ulotnienia się z hotelu.
Aby sprawdzić prawdziwość owej teorii, Lars wyszedł na zewnątrz i zaczął obchodzić hotel dookoła. Kranjska Gora, zgodnie ze swoją nazwą, była miejscowością położoną dość wysoko w górach, a zatem nawet pomimo nastania wiosny śniegu było tu jeszcze dość sporo. Od strony wejścia do hotelu został on naturalnie odgarnięty, ale przy jego pozostałych ścianach, otoczonych przez niewielki park, biała pokrywa leżała równa i jeszcze przez nikogo nienaruszona. A przynajmniej tak wydawało się do momentu, kiedy Lars minął drugi róg budynku. Tam bowiem, ni stąd, ni zowąd, pod tylną ścianą hotelu znajdowało się w śniegu dość dużej wielkości zagłębienie, z którego prowadziły ślady, tylko w jedną stronę. Brakowało jakichkolwiek tropów kierujących się do zagłębienia, co oznaczało, że cokolwiek by nie zrobiło dziury w śniegu, musiało spaść na niego z góry. A że wyżej na elewacji budynku znajdował się rząd okien pokoi hotelowych, wszystko stawało się jasne jak słońce.
Lars tylko z uśmiechem pokręcił głową, po czym, brnąc przez śnieg, najzwyczajniej w świecie poszedł po nieświadomie pozostawionych mu śladach.

Wydeptana droga wiodła go jak po sznurku, wyprowadzając poza miasto, w stronę jednego z zamykających dolinę zboczy górskich. W większości pokryte było ono lasem, poza paroma szerszymi i węższymi wyciętymi pasmami, na których ulokowano stoki narciarskie. O tak późnej porze już żaden z wyciągów nie był czynny, wszystkie krzesełka wisiały nieruchomo wiele metrów nad ziemią. Harri musiał zjawić się w tym miejscu po wyłączeniu kolejek na noc, bo jego ślady nieprzerwanie prowadziły w górę, wzdłuż samego brzegu stoku po nieubitym śniegu, momentami wchodząc w ścianę lasu.
Po raz niezliczony chwaląc sobie swoje wampirze zdolności i nieprzebrane zapasy energii, Lars bez najmniejszego wysiłku, utrzymując szybkie tempo, pokonał w krótkim czasie dość długi dystans, dzielący go od górnej stacji wyciągu. Zatrzymał się dopiero ukrywając się za ostatnim drzewem, które dzieliło go od wyjścia na otwartą, za dnia pełną narciarzy przestrzeń.
W miejscu, gdzie wyciąg zakręcał, aby zjechać z powrotem na dół i gdzie kanapy jechały na tyle nisko nad ziemią, żeby pasażerowie z nartami na nogach mogli z nich bezpiecznie zsiąść, jedno z unieruchomionych obecnie krzesełek, zwrócone już w dół stoku i w stronę widocznego niżej, położonego w dolinie miasteczka, okazało się być zajęte. Harri siedział na nim w typowej dla siebie pozie, skulony, ze splecionymi dłońmi na kolanach, raz po raz machając nogami w powietrzu. Ot, biedna, zagubiona, fińska sierotka.
Lars po raz kolejny poczuł, jak narasta w nim ten dziwny, wewnętrzny konflikt. Z jednej strony, taki widok budził w nim najgłębsze współczucie, graniczące może nawet z rozczuleniem, które, mając wolną rękę, kazałoby mu natychmiast wybiec w kierunku Harriego, zawołać go po imieniu, przytulić go mocno i zapewnić, że od tego momentu już wszystko będzie dobrze. Hamowały go jednak obawy, że nie byłaby to najrozsądniejsza reakcja, że przecież trzeba wykazać spokój i opanowanie, bo inaczej Harri – jak ten renifer, które to porównanie Lars znalazł w jego głowie i mu się wielce spodobało – jeszcze spłoszy się na dobre, ucieknie i tyle by go było. A w końcu z trzeciej strony... jakiś jadowicie słodki wewnętrzny głos podszeptywał mu, że ta sytuacja aż się prosiła o to, żeby trochę się zabawić. Choćby tylko tak tyci-tyci.
Nie mogąc wciąż zdecydować się pomiędzy tymi trzema opcjami, Lars zaczął bardzo powoli, ostrożnie i możliwie jak najciszej skradać się w stronę Harriego. Zachodził go od tyłu, także jak na razie młody wciąż nie miał najbledszego pojęcia o jego obecności. Cały czas siedział nieruchomo, wpatrzony gdzieś w dal... bez większych problemów dał się niesamowicie blisko podejść. Lars zatrzymał się zaledwie o pół kroku za nim, starając się nie wydać najmniejszego szmeru ani nie zaskrzypieć butami na śniegu.
Co on miał w tej sytuacji zrobić? Która opcję wybrać? I żeby tylko z żadną nie przesadzić...
Nie mając w zapasie żadnego dobrego, nowego pomysłu, Lars nie wytrzymał i zdecydował się na użycie jednego ze starych, sprawdzonych sposobów. Przysunął się jeszcze bliżej i znienacka zasłonił Harriemu dłońmi oczy.
- Zgadnij kto, młody.

Przyglądanie się reakcji Harriego w takim momencie zawsze było niezwykle ciekawe. Tym razem w pierwszej chwili wyprostował się jak struna, po czym, na dźwięk zadanego mu w myślach pytania, momentalnie zamarł.
- La... Lars? – odezwał się na głos z bezbrzeżnym zdumieniem.
- Nie inaczej – odparł Bystoel, w tej samej chwili puszczając go.
Harri natychmiast odwrócił głowę, zaraz pakując się z nogami na krzesełko i siadając na nim tyłem do przodu. Na jego twarzy malowało się zadziwienie dążące do nieskończoności. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się z niedowierzaniem w Larsa, wytrzeszczając szeroko oczy.
- To... to naprawdę ty? – zapytał w końcu.
- Trudno chyba, żebym nie był sobą – stwierdził Lars, pozwalając sobie na lekki uśmiech.
Na te słowa Harri wyraźnie się ożywił. Wciąż nie schodząc ze swojego miejsca, przytrzymał się jego oparcia, podniósł na kolana, wychylając się w stronę Larsa... czym oczywiście nie mógł nie doprowadzić do rozbujania się krzesełka. Starając się odzyskać równowagę i nie zrobić fikołka w żadną stronę, w dość rozpaczliwy sposób wyciągnął ręce przed siebie i skorzystał z jedynego punktu oparcia w jego zasięgu, czyli uwiesił się norweskiemu wampirowi na szyi. Powstrzymując się przed parsknięciem śmiechem na te niefortunne akrobacje, Lars objął go i przytrzymał, ostatecznie stabilizując i powstrzymując przed upadkiem.
- Ale... jak to możliwe? – usłyszał cichy głos Harriego. – Że ty tu...
- Zapamiętaj sobie, młody, dla Larsa nie ma rzeczy niemożliwych. Są tylko takie, które zajmują mu trochę więcej czasu.
Albo Bystoel miał takie wrażenie, albo pomimo faktu, że Harriemu nie groziła już utrata równowagi, to jednak zaczął trzymać się go jeszcze bardziej kurczowo niż dotychczas.
- Oj, młody, młody... – odezwał się ponownie. – Jak to dobrze, że nikt nas tu nie widzi, bo inaczej mój wizerunek mrocznego krwiopijcy szlag by trafił.
Harri podniósł głowę, którą dotychczas opierał na ramieniu Larsa i popatrzył na niego z jakimś takim przejmującym ni to smutkiem, ni to lękiem w oczach, który każdego żywego i nieumarłego chwyciłby za serce.
- Coś nie tak? – wybąknął.
- Coś ty, młody, wszystko jak najbardziej tak – odparł Lars.
- Ale...
- Ciii. Jestem już na miejscu i od tej chwili wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Powiedz mi tylko, czy przegapiłem coś ciekawego?
- Nic ciekawego – odpowiedź Harriego była natychmiastowa. – Tu jest okropnie.
- Aż tak źle? – zdziwił się Lars. – Oj, młody, ale dlaczego?
- Bo... bo... Ville.
- Młody, nie przejmuj się kretynem, nie warto. Od tej chwili masz go z głowy.
- No ale jak?
- Jeśli kretyn jeszcze raz cię zaczepi, to będzie miał ze mną do gadania. Masz to jak w banku. Coś jeszcze?
- I... i na dzisiejszym konkursie Tami się rozwalił. Wzięli go do szpitala, ma coś z kolanem.
- Biedny gość. Ale co poradzić? Takie już są skoki. Dobrze, że to tylko kolano, z Letalnicą nie ma żartów. A kto wygrał, tak swoją drogą?
- A, ten tam... Małysz. Wasz Anders stracił przez niego prowadzenie w Pucharze Świata.
- Ech, szkoda. Ale, ale... nie pochwaliłeś się jeszcze, młody, jak tobie tu idzie, co?
- Ale... ja nie mam się czym chwalić – wybąknął Harri.
- Aby na pewno?
Harri z jakimś widocznym zakłopotaniem puścił go w końcu i chwiejąc się, usiadł na powrót w kucki na swoim krzesełku.
- Przecież nic tu szczególnego nie osiągnąłem – wymamrotał, spuszczając wzrok. – Tylko...
- Tylko? – podjął Lars.
- Tylko wczoraj na treningu skoczyłem dwieście jeden i pół metra. Nikt na to specjalnie nie zwrócił uwagi, ale...
- Ale magiczna granica dwustu metrów nareszcie pokonana, co nie, młody?
Harri przytaknął nieśmiało, ale po jego minie widać było, że bardzo potrzebował aprobaty tego swojego niedostrzeżonego osiągnięcia.
- To co, chyba by to było warto jakoś uczcić? – kontynuował Lars.
- No... może... – wybąknął niepewnie Harri.
- A gdyby tak uznać, że nasz zakład z Vikersund wciąż trwa?
- Czyli że co? – nie zrozumiał Harri.
- Prosta sprawa. Skoczyłeś ponad dwieście metrów, więc się wszystko wyrównało, jest jeden do jednego i nic nas nie powstrzyma przed nocną wycieczką turystyczno-krajoznawczą. Nie wiem, czy już zwróciłeś na to uwagę, ale monopolowe są tu czynne przez całą dobę i oferują zupełnie tanio lokalne specjalności.
- Jestem za – pyzata twarz Harriego rozpromieniła się w może nieco skrywanym, ale szczerym uśmiechu. – Czyli idziemy stąd?
- Tak, młody... albo i nie.
- Jak to nie?
Lars rozejrzał się dookoła, naraz uśmiechając się szeroko.
- Bo tak sobie właśnie pomyślałem – odezwał się – że po co mamy schodzić z tej górki, jeśli można... z niej zjechać?
- Ale jak?
Lars pokiwał głową w stronę toboganu, który służby ratownicze niedbale zostawiły oparty o ścianę drewnianej budki służącej jako górna stacja techniczna wyciągu.
- Mamy nawet niezłe sanki – stwierdził.
- Czy to dobry pomysł? – zaniepokoił się Harri. – Tu jest dość stromo i to nie jest skocznia z jednym, prostym torem, tylko masa muld, zakrętów, drzew...
- Młody, nie nauczyłeś się jeszcze? Z bycia wampirem jest ten plus, że nic ci się nie ma prawa stać.
- No, w sumie... – stwierdził Harri.
- Czyli postanowione – oznajmił Lars, odwracając się i ruszając po wypatrzony sprzęt do zjazdu.
Bez większego wysiłku zaciągnął tobogan aż na samą krawędź wypłaszczenia, za którym rozpoczynał się stok narciarski, oznaczony na czerwono jako średnio trudny. Dopiero w tym momencie właściwie rzucił okiem na to, co czekało na nich w dole: faktycznie, Harri miał rację, dość stromo tutaj było... ale czego nie robi się dla dawki adrenaliny? Tym bardziej, że młody zszedł w końcu ze swojego krzesełka na wyciągu i może trochę ociągając się, ale jednak skierował się w jego stronę. W takiej sytuacji Larsowi wręcz nie wypadało już zmienić zdania i wycofać się ze swojego pomysłu.
- Dalej, siadaj – polecił – ty jedziesz z przodu.
Harri bez słowa protestu zajął wyznaczone mu miejsce, siadając w wykonanych z plastiku sankach o szerokim dnie i płaskich ściankach, z założenia przeznaczonych do transportu poszkodowanego w pozycji leżącej. Lars tymczasem przykucnął za toboganem, chwytając się mocno za jego boczne krawędzie.
- I jak, gotowy? – zapytał.
Harri natychmiast pokręcił głową na znak, że nie.
- Z nartami byłoby ok, ale bez nich czuję się jakoś głupio – wyznał. – Nie pamiętam, kiedy ostatni raz zjeżdżałem na sankach...
- Spokojna głowa, młody, ja też nie – odparł Lars.
- No to może... – zaczął Harri z nutą nadziei w głosie.
- Młody, jesteśmy w Planicy. Jak szaleć, to tylko tu, tylko teraz i na całego!
To mówiąc i wciąż trzymając mocno tobogan, Lars odepchnął się nogami od pokrytej śniegiem ziemi, wprawiając sanki w ruch. W ostatnim momencie sam także na nie wskoczył, gdy już nic nie było w stanie ich zatrzymać.

Zjazd po długim, stromym stoku narciarskim na prowizorycznym sprzęcie, który nie posiadał żadnych hamulców ani nawet możliwości sterowania, a w dodatku został użyty niezgodnie ze swoim przeznaczeniem, okazał się doświadczeniem chyba nawet ekscytującym bardziej niż skoki na Letalnicy. A już z pewnością zdecydowanie bardziej szalonym, także za życia Lars od razu wybiłby sobie podobny pomysł z głowy i nawet nie próbowałby się zastanawiać, jak by to naprawdę było. Ale jako że był wampirem, to nic już nie stało na przeszkodzie, aby przekonać się o tym na własnej skórze i utwierdzić w przekonaniu, że takich rzeczy lepiej nie próbować na żywo.
Właściwie wszystko szło świetnie do momentu, kiedy tylko pędzili z zawrotną prędkością, trzęsąc się na wyżłobionych w śniegu muldach i trzymając kurczowo toboganu, żeby z niego nie wypaść. Nawet początkowy, pełen przerażenia krzyk, którego Harri nie wyartykułował na głos, ale nie był w stanie powstrzymać się przed nim w myślach, po chwili zamienił się w śmiech. To była w końcu jedna z tych przyjemności, dla których na przykład zaczyna się trenować skoki narciarskie, ale z upływem czasu i wzrostem presji związanej z rywalizacją może częściowo odejść w zapomnienie: lecenie na złamanie karku z prędkością, którą rozsądny człowiek rozwijałby co najwyżej samochodem na autostradzie, szum wiatru w uszach i czucie oporu powietrza całym ciałem były rewelacyjną sprawą.
Skoki miały jednak nad ich wyczynem jedną niewątpliwą przewagę. A mianowicie taką, że może skocznia w swoim sposobie konstrukcji była niesamowicie prosta i przewidywalna, ale dzięki temu pozwalała nie tylko na kontrolę nad lotem, ale i jego zakończeniem. Tymczasem ten stok narciarski, którym zjeżdżali właściwie na dziko, po trzech czwartych swojej długości, gdzie dotychczas był niemal idealnie prosty, zupełnie niespodziewanie skręcił. Takiej możliwości zaś nie mieli oczywiście Lars i Harri, którzy w swoich całkowicie niesterownych sankach z niemal mistrzowską precyzją wlecieli centralnie w jedno z drzew znajdujących się na brzegu trasy.

Z tamtego ułamka sekundy Lars zdążył zarejestrować jedynie trzask, bezwładny lot w głąb lasu, uderzenie z impetem o kolejne drzewo i osunięcie się w zaspę śnieżną. Przez dłuższą chwilę nie mógł wstać, pogrążony w ciężkim szoku dał radę zdobyć się jedynie na myśl, że chyba coś go boli. Zanim jednak zdążył zadecydować, co to konkretnie było, cały ból zniknął, szybciej i skuteczniej niż w najbardziej naciąganych reklamach telewizyjnych. Lars natychmiast zerwał się na nogi, klnąc pod nosem i jeszcze nie do końca przytomnie rozglądając dookoła.
- Młody? – odezwał się. – Gdzie jesteś?
Z miejsca, w które rzuciło Larsa, Harriego nigdzie nie było widać. Pobiegł więc zaraz na miejsce ich wypadku, gdzie pod felernym drzewem znalazł coś, co minutę temu służyło im jako sanki, a teraz stanowiło kupkę połamanego plastiku i praktycznie nie nadawało się już do niczego. Tutaj także po Harrim nie było ani śladu.
- Młody!? – zawołał Lars. – Słyszysz mnie!?
Kiedy po dłuższym momencie nie otrzymał żadnej odpowiedzi, zaczął się niepokoić, z chwili na chwilę coraz bardziej. Niby Harri był wampirem, więc na logikę nic mu się nie miało prawa stać, a przynajmniej nie na dłużej niż minutę... Ale to był w końcu Harri, który mógł się z naleźć w kłopotach w dosłownie każdym, najmniej oczekiwanym momencie! Przecież przy nim logika nie miała prawa bytu.
- Harri, odezwij się! – spróbował po raz kolejny Lars.
Odczuwał już nawet nie tyle niepokój, co wręcz strach. A jeżeli Harriemu naprawdę się coś stało? Na dodatek, po raz kolejny już, tylko i wyłącznie z jego winy... Czy Lars zawsze musiał płacić tak niepomiernie wysoką cenę za własną głupotę?
- Harri... powiedz wreszcie, gdzie ty jesteś!? Proszę cię!
Lars wszedł ponownie pomiędzy drzewa, wciąż bezowocnie rozglądając się dookoła.
- Harri, błagam, gdzie cię wcięło!? – zawołał, a przez jego głos zaczęła przebijać się panika. – Czy ja mam już nigdy sobie nie wybaczyć, że...
Lars urwał wpół zdania, gdy nagle zrobiło mu się ciemno przed oczami, a równocześnie poczuł w ustach coś, co według wszelkich danych było... śniegiem. Od razu wypluł to i otrzepał się, by w końcu zauważyć Harriego, wychylającego się zza jednego z drzew. Młody fiński wampir nie dość, że wyglądał na całego i zdrowego, to jeszcze szczerzył zęby w szerokim uśmiechu.
- Trafiony! – krzyknął.
Na ten widok Lars poczuł niesamowitą ulgę, chociaż może z małym przebłyskiem irytacji.
- No wiesz ty co, młody? – odezwał się. – Ja tu już głowę tracę, martwiąc się o ciebie, a ty...
Plask. Oberwał od Harriego kolejną śnieżką. W sumie było to niesamowicie dziwne uczucie, biorąc po uwagę, że wampiry nie były w stanie odczuwać zimna.
- Kurde, młody! – zawołał Lars, bardziej już rozbawiony niż zdenerwowany. – Jak ja cię zaraz dopadnę, to...
- To co!?
Harri parsknął śmiechem i rzucił się do ucieczki przez las, w dół górskiego zbocza. Lars natychmiast ruszył w pościg, po drodze zbierając z najbliższej zaspy śnieżnej amunicję.
Gonili się tak przez dłuższy czas, po drodze wymieniając ostrzał, w zdecydowanej większości celny. Dopiero po wyjściu na otwarty teren w dolinie Larsowi udało się spełnić swoją groźbę, czyli złapać Harriego, zwalić go na ziemię i natrzeć śniegiem. Harri nie stawiał przy tym najmniejszego oporu, wciąż tylko nie przestawał się śmiać.

Po szybkim uznaniu, że jego zemsty stało się zadość, Lars nie bez zadowolenia sam też położył się obok na śniegu. Wyciągnął się, patrząc w górę, na bezchmurne tej nocy, pokryte niezliczoną ilością gwiazd niebo.
- Młody? – odezwał się.
- Co? – zapytał Harri, wciąż się nie podnosząc, a jedynie otrzepując ze śniegu.
- I jak, nadal ci się nie podoba w Planicy?
- No... nie, teraz tu jest ok.
- Na pewno?
- Tak.
- To ciekawe... ja tam zawsze lubiłem Puchar Świata w Planicy i twierdziłem, że tu nie można się nudzić, ale chyba dziś pojąłem szersze znaczenie tego zdania.
- Czyli że co?
- No wiesz... ostro imprezować to może każdy głupi. A wyprawiać takie rzeczy jak my?
- Nie kapuję – stwierdził Harri.
- No... na przykład teraz. Znasz kogoś, kto by całkiem na trzeźwo leżał w śniegu i gapił się na gwiazdy? Chyba nie.
- Eee... u mnie to by jeszcze była zorza polarna.
- Ale wiesz, młody... jak to szło? Bo było chyba jakieś takie fajne powiedzenie, ale pamiętam tylko połowę. Coś o niebie gwiaździstym nade mną...
- Taa, i kacem moralnym we mnie – mruknął Harri.
- Jakim kacem? Młody, co ty chrzanisz?
- A nie wiem. Tak mi się wymyśliło...
- Wiesz co... jak już chcesz kaca, to musisz mieć go od czegoś. Czyli dość tych bzdur. Idziemy pić.

KomentarzeDodaj